Transfery zawsze są prawdziwymi kopalniami anegdot. Cofnijmy się do 2003 roku. Joan Laporta dopiero co wygrał wybory, wiceprezydentem klubu został Sandro Rosell, który kilka dni wcześniej rozpoczął negocjacje z Paris Saint Germain ws. Ronaldinho. W rywalizacji z Manchesterem United i Realem, dwoma głównymi rywalami w wyścigu po podpis Brazylijczyka, Barça nie miała ani odpowiedniej jakości, ani odpowiednich wyników, ani odpowiednich pieniędzy. Anglicy oferowali ówczesnemu gwiazdorowi Ligue 1 zdecydowanie większe pieniądze, Królewscy dawali mu z kolei możliwość pozostania przez kolejny rok we Francji. Transfer Ronniego do Barçy był wówczas bardzo skomplikowany.
Piętnaście dni po wygraniu wyborów wiceprezydent Rosell dostał telefon od starego przyjaciela, Manela Arroyo, który pogratulował zwycięskiej kampanii i powiedział Sandro, że jest bliskim przyjacielem prezydenta Paris Saint Germain. "Cholera, Manel, musisz mi pomóc. Chcę Ronaldinho". Jak więc Arroyo pomógł Rosellowi?
Od dziesięciu lat Manel znał się z ówczesnym sternikiem Paris Saint Germain, Francisem Graille, a ich znajomość rozpoczeła się przy organizacji Motocyklowych mistrzostw świata. Arroyo (zresztą - jak wynika ze strony internetowej firmy - do dziś, przyp. Mashi) był wówczas dyrektorem zarządzającym firmy Dorna, która posiadała pełnię praw marketingowych do tego cyklu, podczas gdy prezydent paryskiego klubu był bardzo silną postacią we francuskim oddziale Canal Plus. Obaj panowie spędzali wspólnie wiele czasu, zjedli nieskończoną ilość posiłków, w tym jeden, podczas którego Graille mówi o swoich chęciach bycia prezydentem PSG (został nim 5 czerwca 2003 roku; Laporta wygrał wybory 15 czerwca, przyp. Mashi). Arroyo - w formie żartu - powiedział, że jeśli naprawdę nim zostanie, to jego pierwszą decyzją powinno być sprzedanie Ronaldinho do Barçy.
Niespodziewanie, kilka tygodni później, Rosell rzeczywiście prosi Arroyo o pomoc, ponieważ Barça nie była wówczas w stanie rywalizować z największymi europejskimi firmami. Sandro miał zająć się sprawami związanymi z piłkarzem, Arroyo miał załatwić problemy z klubem. Umowa musiała być zawarta szybko, ponieważ Real Péreza i Manchester United także chcieli jak najszybciej ściągnąć brazylijskiego cracka do siebie.
Manel Arroyo zorganizował lot do Lyonu, gdzie wówczas żył prezydent PSG. Z własnej kieszeni zapłacił za bilety lotnicze Sandro Rosella i Roberto de Assísa, brata i agenta Ronaldinho. Umowa została tam domknięta, a dokładniej w hotelu Villa Florentine. W tym właśnie miejscu Barça ukradła Ronaldinho Manchesterowi United i Realowi Madryt.
W obecności Manela Arroyo Ronaldinho złożył podpis na kontrakcie, a pióro z tego dnia wciąż znajduje się w domu Hiszpana.
Rankiem tego samego dnia do Sandro Rosella zadzwonił Jordi Pujol, ówczesny prezydent katalońskiego Generalitatu (tamtejszy rząd, przyp. Mashi) i powiedział mu słynną frazę: "Zakontraktuj Ronaldinho, Katalonia go potrzebuje". Ale cała historia tutaj się jeszcze nie kończy.
Kiedy wszyscy mieli wracać na lotnisku i czekali na lot, na kilka godzin zniknął Roberto de Assís. Dopiero później okazało się, że brat Ronaldinho wraz z prezydentem PSG wysłuchali jeszcze ostatniej oferty Manchesteru United, którego przedstawiciele pojawili się w Lyonie, jednak nie została ona zaakceptowana. Ronnie chciał grać w Barcelonie, a Graille dał już słowo Arroyo, że Brazylijczyk trafi do Katalonii.
Transfer, za który Barça zapłaciła 27 milionów euro i który został ogłoszony 19 czerwca 2003 roku, zmienił najnowszą historię klubu.
Wczoraj Manel Arroyo został przez Josepa Marię Bartomeu wybrany na nowego wiceprezydenta klubu ds. mediów i komunikacji.







