"stereotyp - uproszczony obraz kogoś lub czegoś, zwykle oparty na częściowo fałszywych sądach, funkcjonujący w świadomości społecznej i niełatwo zmieniający się"
"Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą."
Wielu z nas ma wśród rodziny i znajomych takich fanów futbolu, którzy nie są pasjonatami (żadna ujma) i co prawda oglądają wiele meczów w różnych ligach, lecz po wyłączeniu telewizora wracają do codziennego życia zamiast szukać w internecie podsumowań, porównań, statystyk, opinii i kompilacji. Tacy ludzie budując swoją opinię o poszczególnych zespołach i piłkarzach kierują się zdaniem – to całkowicie naturalne – tak zwanych „ekspertów”, zatrudnianych po to by w telewizji czy gazecie dostarczać informacje niezbędne każdemu sympatykowi piłki. Wszystko jest w porządku gdy „eksperci” są tymi, którzy oddzielają ziarna od plewu i tymi, którzy zgodnie z dziennikarską etyką weryfikują informacje i przedstawiają je w sposób jak najbardziej wiarygodny (o ja naiwny). Gdy tego brakuje, niejeden z nas musi później na rodzinnych bądź towarzyskich spotkaniach prostować głupoty wypowiadane w telewizji.
Neymar zapracował sobie na łatkę aktora. Czy słusznie? Tak. Jeszcze w czasach gry w Brazylii, ale także w pierwszym sezonie w Barcelonie regularnie zdarzało mu się naciągać sędziów na faule bądź robić teatralne wyskoki i piruety po naprawdę delikatnych i – słowo klucz – przypadkowych kontaktach z przeciwnikami. Na szczęście można zauważyć, że Brazylijczyk zmienia się na lepsze, ogranicza takie zachowania i skupia się na grze. Z rozpieszczonego, konfliktowego dzieciaka (pamiętajmy, że potrafił doprowadzić do zwolnienia skłóconego z nim trenera Santosu) stał się integralną częścią dobrze zgranego składu Blaugrany i bez wątpienia stawia dobro drużyny nad własne. Jego techniczne popisy nie są jedynie sztuką dla sztuki lecz przekładają się wymiernie na szanse bramkowe.
Ostatnio w madryckich mediach rozpętała się jednak wielka kampania „anti-Neymar”, mająca oczywiście związek ze styczniowym trójmeczem Barcelony i Atletico. Piłkarze Diego Simeone zarzucali Neymarowi „prowokacyjne zachowania”. Jakie? Nie wiadomo. A w zasadzie wiadomo co chcieli wmówić światu aktualni mistrzowie Hiszpanii. Ich insynuacje nijak miały się jednak do rzeczywistości, w której trzeba wytłumaczyć dwie kwestie.
Kwestia pierwsza. Piłkarze Atletico niemiłosiernie okopywali chude nogi „Koguta” i robili wszystko by ten się zwyczajnie przestraszył. By zaczął myśleć „muszę odstawić nogę zanim mi ją połamią” albo „lepiej szybko pozbędę się piłki nawet jeśli nie będzie to z korzyścią dla zespołu”. Ney tymczasem na ich nieszczęście nic sobie z tego nie robił i trzy mecze z rzędu objeżdżał „Los Colchoneros”, a na wszystkie kopnięcia i popchnięcia reagował kolejnymi zwodami i minami w stylu „nie boję się was”, „nie róbcie tak dalej bo znowu was ośmieszę”. Ktoś zaraz powie „miał po prostu grać, a nie robić sztuczki i głupie miny”. I tu jest sedno sprawy. Neymar miał zmienić swój styl gry dlatego, że komuś on nie odpowiada choć nikomu nie robi fizycznej krzywdy? Miał nie reagować na prowokacje utwierdzając rywali w przekonaniu, że mogą sobie na wszystko pozwolić? Tak, tego właśnie by chcieli eksp… antyfani Neymara. Niedoczekanie wasze! Neymar przede wszystkim odpowiedział swoją grą, a w drugiej kolejności nie pozostawał dłużny na zaczepki słowne. I to jest postawa godna pochwały.
Kwestia druga. Każdy dobrze wie, że sędziowie często przed podjęciem decyzji sprawdzają reakcję piłkarzy. Jeśli kompletnie nie widziałem kto ostatni dotknął piłki, ale wszyscy rozbiegają się w swoją stronę – sprawa jasna. Jeśli widzę kontrowersję w polu karnym, ale piłkarze przesadnie nie protestują – puszczam grę. I niestety: jeśli faulowany piłkarz trzyma się na nogach – nie reaguję, o czym boleśnie wielokrotnie przekonał się Leo Messi. Jeszcze gorzej gdy zawodnik faulowany przewrócił się, ale szybko się podniósł, ku swojemu zaskoczeniu widząc jak sędzia milczy. Co wtedy? Eksponuje się każdy faul przeciwnika. To właśnie zrobili piłkarze Guardioli w półfinale Ligi Mistrzów 2011 na Santiago Bernabeu. Tydzień wcześniej w finale Copa del Rey byli niezwykle chamsko faulowani bez reakcji arbitra (pamiętne celowe nadepnięcie Villi przez Arbeloę), więc w meczu Champions League podkreślali każdy faktyczny faul, każde popchnięcie i kopnięcie ze strony przeciwnika, co przełożyło się na lepszą pracę arbitra. Podobną taktykę stosuje ostatnimi czasy Neymar i… ciężko mu się dziwić. Pewnie gdyby mógł sobie przykleić do pleców kartkę z napisem „panie sędzio - jestem celem celowego polowania na kości i nie ma to nic wspólnego z tym, że futbol to kontaktowa gra dla silnych mężczyzn, proszę to karać” to nie musiałby się tak turlać po jeszcze jednym wejściu wyprostowaną nogą w okolice kostki. „Był faul, ale przesadził z żałosną reakcją” – powiedzą antyfani. Co powiedzą gdy w końcu ktoś mu zrobi krzywdę eliminującą z gry?
Kolejna Złota Piłka dla Cristiano Ronaldo i zapowiedź walki o zrównanie się z Messim ponownie rozgrzały wieloletnią dyskusję dotyczącą tego, który z nich jest lepszym piłkarzem. Osobiście bardzo lubię tego typu rozmowy i nie dziwi mnie, że umiejętności obu zawodników rozbierane są na czynniki pierwsze. Notorycznie można przeczytać o porównaniu różnych elementów piłkarskiego rzemiosła, po którym jednym wychodzi wyższość Portugalczyka, innym Argentyńczyka, a bardzo często oceny są tak dobrane by wskazać remis. Smuci fakt, że autorzy zapewne nie znają pojęcia średniej ważonej. Czytamy „Lewa noga Messiego 10 – prawa noga Ronaldo 9, atletyzm Messiego 6 – atletyzm Ronaldo 10” i po takim początku Leo nie zawsze (w ocenie autorów) nadrabia innymi cechami tę rzekomo kolosalną różnicę w atletyzmie, przygotowaniu fizycznym, muskulaturze itp. Cóż, Cristiano z pewnością ma silniejsze mięśnie brzucha i zapewne większy biceps. Co to jednak ma wspólnego z piłką nożną? Ktoś powie – przecież to ważny element w starciach z obrońcami, dla których wizyty na siłowni są obowiązkowym elementem treningu! Jak to zatem jest, że tak silny atleta jak Ronaldo non stop leży na murawie po starciach z rywalami w polu karnym i jego okolicach? Jakim cudem to nie rywale odbijają się od niego i nie tracą równowagi co zdecydowanie ułatwiałoby ogranie ich i utorowanie sobie drogi do bramki? I przede wszystkim – dlaczego będący rzekomo dwie klasy niżej pod względem atletyzmu Messi tak rzadko jest sprowadzany do parteru? Może Ronaldo faktycznie jest silny, ale żałośnie udaje, próbując raz za razem naciągać arbitrów na stały fragment gry? Może natomiast Messi ma tak silne, wytrenowane nogi, że nawet o głowę wyższy przeciwnik ma problem by go przepchnąć czy powalić? A może jedno i drugie…
O ile porównania wielkości mięśni można traktować z przymrużeniem oka, o tyle stwierdzenia, że „Ronaldo jest bardziej kompletny” albo „Ronaldo lepiej strzela z dystansu” to już totalne kłamstwa. „Wolę Ronaldo, on potrafi uderzyć z trzydziestu metrów” – powiedział ostatnio jeden kibic w wywiadzie dla popularnej gazety. Nie zamierzam dyskutować na temat jego prywatnych preferencji, chciałbym natomiast odnieść się do zdania „on potrafi uderzyć z trzydziestu metrów”. Cóż, ja też potrafię. I każdy z Was potrafi. Nieustanne strzelanie z nieprzygotowanych pozycji nie jest jednak dowodem wielkości, ale kompletnego braku boiskowej inteligencji. Messi strzela dużo mniej z dystansu ponieważ nie umie albo nie ma tyle siły? Bzdura. Leo nie strzela z trzydziestu metrów bo wie, że szanse na umieszczenie piłki w siatce są bardzo małe i lepiej rozegrać piłkę tak by przybliżyć się przynajmniej do okolic pola karnego.
Ten artykuł (klik) mówi nam wszystko. Nie chcę go przytaczać w całości (zrobimy to pewnie kiedyś w osobnym newsie), ale zachęcam każdego by choć pobieżnie go przejrzał i zwrócił przede wszystkim uwagę na doskonale opisane i czytelne wykresy. Jest ich kilkanaście, w KAŻDYM widać przewagę Messiego nad Ronaldo. Niekiedy mniejszą, innym razem wręcz druzgocąca. Tak jak porównanie tych dwóch piłkarzy. To nie jest dyskusja Senna kontra Schumacher czy Ali kontra Tyson. Jest Messi, długo nic i cały peleton piłkarzy, spośród których bez wątpienia Cristiano w ostatnich latach wybija się na czoło. Powyższy link obala wszystkie mity krążące wokół rywalizacji Messi-Cristiano.


Uwaga: powyższy wykres przedstawia procent skuteczności (gole w stosunku do strzałów) w danym sektorze boiska, a nie stosunek bramek strzelonych w danym sektorze do wszystkich strzelonych bramek!
Gwoli ścisłości - dane pochodzą z okresu 2010-14, przed tą czterolatką i Messi i Ronaldo wygrał Złotą Piłkę, a w opisywanym okresie obaj bez wątpienia grali swój najlepszy futbol, cezura czasowa jest więc sprawiedliwa. Ronaldo lepszym strzelcem z dystansu? Bzdura. Procent skuteczności Leo zza pola karnego jest porażający, Portugalczyka – lekko tylko przewyższający normę. Może zatem rzuty wolne, uznawane za inną wielką przewagę CR7? Sięgnijmy zatem do innego źródła, tu autorzy policzyli próby i gole w samej lidze w latach 2009-14:

Mamy remis. W trwającym sezonie Leo dorzucił jednego gola z wolnego, a Ronaldo póki co kilkadziesiąt kolejnych nieudanych prób. W ten sposób dochodzimy do sedna sprawy. Już w rozmaitych kategoriach strzeleckich Ronaldo jest dużo gorszy, nieznacznie gorszy, lub w najlepszym wypadku na tym samym poziomie. Gdy weźmiemy pod lupę cechy „pozasnajperskie”, wpływ na kreowanie gry, dryblingi i podania, różnica tylko się powiększa i to znacznie:


Podczas gdy Cristiano zalicza regres i od dłuższego czasu nie daje od siebie nic poza bramkami, Messi wciąż się rozwija. Wiele było w zeszłym roku prognoz mówiących o tym, że to już schyłek jego kariery, ale Argentyńczyk wrócił w wielkim stylu i choć może nie jest obecnie w życiowej formie to z całą pewnością poprawił prostopadłe podanie czy grę prawą nogą w stosunku do lat 2010-12 i niebawem znajdzie to potwierdzenie na wykresach takich jak te powyższe. To wszystko sprawia, że to właśnie Leo Messi jest najbardziej kompletnym piłkarzem w historii futbolu. Można się obrażać, można nie zgadzać, ale zarówno suche liczby jak i dowody w postaci każdej kolejnej transmisji meczu Barcelony nie pozostawiają złudzeń.
PS. Przez lata mówiono o tym, że Messi nigdzie by tak nie błyszczał jak w Barcelonie, a dowodem niech będzie reprezentacja Argentyny. Nie to co Ronaldo – Manchester, Real, Portugalia… Cóż, Leo ma już 45 bramek w 97 meczach reprezentacyjnych (Cristiano 52 w 118) i jest wicemistrzem świata. Ktoś powie - dyskusyjny jest wkład Messiego w awans do finału mundialu. Co jednak powiedzieć o Cristiano, który w półfinale EURO 2012 zamiast natchnąć kolegów skutecznym rozpoczęciem konkursu rzutów karnych w meczu z Hiszpanią egoistycznie czekał do ostatniej kolejki? "To ja, spójrzcie na mnie, mój gol dał awans" – tak zapewne miało to wyglądać. Jego kolej nigdy jednak nie nadeszła. Boiskowa inteligencja i gra dla drużyny: Messi 10 – Ronaldo…







