• 2
< >

Podsumowanie 3. kolejki La Liga

Do poprawy: skuteczność!


Sevilla daje wyraźny sygnał, że ma zamiar w tym sezonie zamieszać na podium. Nie tylko wyniki są satysfakcjonujące, ale też styl gry naprawdę może się podobać. Tym razem jednak trafiła na dość ciężkiego przeciwnika, który od czasu do czasu lubi postawić się tym silniejszym.

Gospodarze starali się dziko atakować już od pierwszych minut, jednak skutecznie utrudniała im to świetnie ustawiona w obronie drużyna gości. W 7. minucie mieli nawet szansę na sforsowanie tej podwójnej zapory, jednak de Jong, po klasycznym dośrodkowaniu z prawego skrzydła ze strony Navasa, trafił wprost w ręce Rubena Blanco. Trzy minuty później uaktywnił się pomijany do tej pory przez kolegów Reguilon, posłał centrę w kierunku de Jonga, ale ten ponownie postanowił nie skorzystać z pomocy kolegów i piłka potoczyła się bezradnie obok siatki. Podopieczni Lopeteguiego narzucili szalone tempo meczu, prezentując imponującą wręcz intensywność do tego stopnia, że drużyna z Vigo totalnie nie potrafiła odnaleźć się na boisku i po odzyskaniu piłki nie próbowała jej rozgrywać, tylko natychmiast oddawała ją do bramkarza, by uspokoić grę. Po upływie 23. minut były zawodnik Realu Madryt posłał futbolówkę z lewej flanki do Nolito, ten obrócił się z nią w kierunku bramki i oddał strzał, ale ponownie bramkarz Celty nie zawiódł swoich kibiców. Cztery minuty przed zakończeniem pierwszej połowy wreszcie z pozytywnej strony pokazał się Munir. Przyjął podanie z lewego skrzydła od bardzo aktywnego Reguilona, ale jego uderzenie z pola karnego nie zaskoczyło bramkarza Celty. Pomimo ciekawej pierwszej połowy, na tablicy wciąż widzieliśmy jednak rezultat 0:0.

Po rozpoczęciu drugiej połowy oglądaliśmy mecz na wymianę ciosów w środku pola. Najciekawszą sytuacją po upływie godziny gry była piękna sztuczka Iago Aspasa. Przed bardzo groźną szansą stanęli w 70. minucie podopieczni Lopeteguiego i mogli to zrobić bardzo efektownie, bo bezpośrednio z rzutu rożnego, jednak jak pokazały powtórki, piłka w rzeczywistości znajdowała się w dalekiej odległości od celu. Dwie minuty później mogliśmy obejrzeć dość kuriozalnego gola, po dalekim wykopie Sevilli wprost do bramki Celty, jednak Ruben Blanco ostatecznie sparował strzał. Celnego strzału doczekaliśmy się dopiero w 80. minucie. Po dośrodkowaniu ze stojącej piłki w wykonaniu Banegi, pojedynek powietrzny wygrał Vazquez i pokonał nieźle dysponowanego Rubena Blanco. Zawodnicy Sevilli musieli jednak szybko ostudzić swoją eksplozję radości, ponieważ sędzia uznał za stosowne upewnić się za pomocą VAR-u, czy bramka nie została przypadkiem zdobyta z pozycji spalonej; jednak po weryfikacji swojej decyzji uznał, że gol był poprawny i ekipa z Sewilli prowadziła 1:0. To nie był jednak koniec, bo dosłownie minutę później do wyrównania doprowadził były gracz Barcelony, Denis Suarez, wykorzystując gapiostwo zawodników Lopeteguiego. Bardzo dobrze w tempo zagrał mu Santi Mina i mieliśmy 1:1! W doliczonym czasie gry Celta musiała mierzyć się z niekomfortową sytuacją, bowiem z boiska zniesiony na noszach został jej zawodnik, a ponieważ wykorzystała już limit wszystkich zmian - musiała radzić sobie w dziesiątkę.

Przedziwny był to mecz. Sevilla wściekle atakowała od pierwszych minut, totalnie dezorganizując Celtę, by w drugiej połowie delikatnie opaść z sił. Ostatecznie gola zdobyła, ale przez niefrasobliwość w obronie chwilę później go straciła. Wniosek jest jeden: piłkarze Lopeteguiego muszą porządnie popracować nad skutecznością.


Sevilla FC - Celta Vigo 1:1 (0:0)
1:0 Vazquez
1:1 Suarez

Derby kraju Basków


To spotkanie zawsze zapowiada się pasjonująco. Tak po prostu. Zawsze jest to widowisko pełne pasji, zaangażowania, woli walki, a nierzadko też agresji. Całkiem rozsądnie mogliśmy się spodziewać, że i tym razem będzie tak samo.

Pierwszą bramkę oglądaliśmy już po upływie 10. minut gry. Muniain przyjął piłkę po stałym fragmencie gry, ten przetransportował ją do Capy, który płaskim uderzeniem zaadresował ją do Inakiego Williamsa, któremu pozostało już tylko umieścić ją w siatce, strzelając swojego pierwszego gola w tym sezonie. Radość z prowadzenia nie trwała jednak długo, ponieważ po upływie 10. minut sędzia dopatrzył się faulu na linii pola karnego i konsultował z wozem VAR decyzję o podyktowaniu gościom jedenastki. Ostatecznie postanowił, że rzut karny się Realowi Sociedad nie należał i zaordynował jedynie rzut wolny, który postanowił wykorzystać Odegaard, jednak nie spisał się najlepiej. Gospodarze umocnili swoje prowadzenie w 27. minucie. Warto nadmienić, że Athletic Bilbao rozegrał tę sytuację bramkową bardzo szybko. Dalekim przerzutem przetransportował piłkę z prawej strony defensywy na lewe skrzydło po stronie RSSS, gdzie przyjął ją Inigo Cordoba, ten podał ją do Raula Garcii, a ten mocnym strzałem zza pola karnego, pokonał Moyę. Fantastyczne uderzenie. Trzy minuty przed zakończeniem pierwszej połowy świetny, mocny strzał oddał lewy defensor Lwów, Yuri, ale bramkarz Sociedad wyłapał strzał, ponieważ zmierzał prosto w światło bramki.

Po zmianie stron wreszcie do głosu doszedł Real. Ze stałego fragmentu gry bezpośrednio strzelał Odegaard, strzał sparował bramkarz Athleticu, jednak piłka w zamieszaniu pod polem karnym wpadła w końcu do Alexandra Isaka, który ostatecznie trafił do siatki. Radość gości nie trwała jednak zbyt długo, ponieważ sędzia dopatrzył się pozycji spalonej i postanowił skonsultować decyzję z wozem VAR, który ostatecznie zawyrokował: gola nie ma. Po tym jednorazowym wyskoku Realu Sociedad, Athletic nie dał się już w żaden sposób zaskoczyć, totalnie deklasując rywala nie tylko stosunkiem goli, ale również w statystykach strzałów, bowiem do 80. minuty nie pozwolili na oddanie gościom nawet JEDNEGO strzału. Wreszcie w 83. minucie stała się chwila przełomowa dla tej rozgrywki - Sociedad oddał celny strzał na bramkę! Z dystansu próbował Sangalli, ale jego strzał z łatwością wyłapał Unai Simon.

Krótko podsumowując: to była książkowa deklasacja rywala. Gospodarze nie pozwolili gościom na jedno wielkie nic. Zaledwie dwa strzały na bramkę na przestrzeni całego meczu, indywidualne błędy i totalna bezproduktywność młodych, rokujących gwiazd zespołu. Taki Athletic naprawdę może się podobać.


Atheltic Bilbao - Real Sociedad San Sebastian 2:0 (2:0)
1:0 Williams
2:0 Garcia

Okazje nie wygrywają


Levante, któremu w tym sezonie wielu wieszczyło nieciekawy los, postanowiło zawziąć się w sobie i udowodnić, że będzie inaczej. Podobnie jak Valladolid, który w porównaniu do poprzedniej kampanii, może być jak na razie w miarę ukontentowany.

Od początku spotkania to goście prezentowali się lepiej, Sergi Guardiola miał dwie bardzo dobre okazje, by zafundować powód do radości swoim kolegom. Najpierw zawodnik Realu Valladolid otrzymał doskonały, daleki przerzut z prawej strony boiska, ale jego strzał z pierwszej piłki przeleciał ponad bramką. Później zaadresowane zostało do niego prostopadłe podanie ze strefy środkowej boiska, urwał się dwóm obrońcom i sprintem ruszył na bramkarza Levante. Udało mu się nawet trafić do siatki, ale sędzia nie pozwolił mu na celebrację, bowiem znajdował się na pozycji spalonej. Gospodarze postanowili jednakże, że wystarczy już tych podrygów, zakasali rękawy i wzięli się do roboty.

Piłka nożna po raz kolejny postanowiła uświadomić kibicom, jak bardzo trafne jest w jej przypadku powiedzenie: "niewykorzystane okazje lubią się mścić". Pierwszym sygnałem do alarmu w szeregach gości powinno być uderzenie Borjy Mayorala, który obszedł z piłką Jordiego Masipa, ale trafił tylko w boczną siatkę. Chwilę potem ponownie Fernandeza próbował pokonać Guardiola, ładnie złożył się do strzału, ale bramkarz Levante sparował strzał.

Aż wreszcie w 83. minucie centra, odbita jeszcze od zawodnika Valladolid, spadła na nogę Sergio Leona, a Masipowi pozostało tylko wyjęcie piłki z siatki. W ostatniej minucie regulaminowego czasu gry na bramkę uderzył też Morales, piłka odbiła się od golkipera, ale szczęściem dla napastnika trafiła z powrotem do niego i huknął tym razem do celu.

Pozycja w ligowej tabeli Levante jest więcej niż satysfakcjonująca. Piłkarze Paco Lopeza plasują się aż na 4. pozycji, co może radować ich kibiców i napawać optymizmem na resztę sezonu. Z kolei Valladolid, po rozczarowującej zeszłorocznej kampanii, usadowił się na 12. miejscu, co również nie jest przesadnym powodem do płaczu.

Levante UD – Real Valladolid 2:0 (0:0)
1:0 Leon
2:0 Morales

Po prostu nuda


Przyznam szczerze - gdy widzę w terminarzu, że akurat te dwie drużyny będą się mierzyć ze sobą, a w międzyczasie w TV transmitowany jest jakiś inny mecz, śmiało zmieniam kanał na ten, w którym zobaczę te drugie spotkanie. Dlaczego? Ponieważ oba zespoły prezentują futbol zachowawczy i kunktatorski, co ostatecznie kończy się 90-cio minutową nudą. Określając bardziej eufemistycznie: "piłkarskie szachy". Nie inaczej było tym razem.

Gospodarze wyszli na prowadzenie w 22. minucie. Świetnie o piłkę powalczył były piłkarz Barcelony, Marc Cucurella, podał w tempo do Jorge Moliny, a ten bez zastanowienia umieścił piłkę w siatce, pokonując bezradnego Sivera. Getafe nie cieszyło się jednak długo z prowadzenia, bowiem do głosu doszło Alaves. Nie ma co ukrywać - była to bardzo kuriozalna bramka. W polu karnym doszło do totalnego zamieszania, szaleńczo o piłkę walczyli piłkarze Deportivo, jeden z nich celował nawet do bramki tyłem (!) głowy, aż w końcu dzieła dokończył z bardzo bliskiej odległości Joselu.

Po zmianie stron widzieliśmy dość wyrównane widowisko. Niestety, trochę odbiło się to na jego jakości, ponieważ sędzia zmuszony był co rusz przerywać grę poprzez liczne faule stosowane po równo przez każdą ze stron. Nie oglądaliśmy żadnych ofensywnych szarży, raczej bitwa skupiła się na strefie środkowej boiska, czego zresztą można było się spodziewać w przypadku potyczki tych drużyn. W 75. minucie przed szansą na wyjście na prowadzenie stanął Cabrera, ale piłka minęła dalszy słupek. Trzy minuty przed zakończeniem drugiej połowy uderzać próbował Portillo, ale nie udało mu się podwyższyć wyniku, ponieważ strzał odbił obrońca Deportivo.

Nie było to porywające spotkanie i z pełną stanowczością można przyznać, że na przestrzeni całej rozgrywki, był to dość wyrównujący rezultat. Obydwie drużyny ostatecznie podzieliły się punktami i generalnie żadna z nich nie ma specjalnego powodu do rwania szat z tego powodu.


Getafe – Deportivo Alaves 1:1 (1:1)
1:0 Molina
1:1 Joselu

Światełko w tunelu


Powiedzieć, że Real Betis spisuje się w tym sezonie źle, to jak nic nie powiedzieć. Podopieczni Rubiego zanotowali jak do tej pory dwie porażki, w tym jedną nadzwyczaj sromotną od Barcelony. Apetyty w Sewilli były rozbudzone po transferach nowych, obiecujących piłkarzy i bardziej elastycznego trenera, ale jak na razie nie przekładało się to w żaden sposób na boiskowe osiągnięcia. Aż do momentu, gdy w roli Świętego Mikołaja postanowiło wystąpić Leganes.

W pierwszej połowie Mandi stanął przed szansą na otworzenie wyniku spotkania, po rzucie rożnym w wykonaniu Joaqiuna, ale jego strzał głową zatrzymał się jedynie na poprzeczce. Niestety, do 45. minuty nie mogliśmy obejrzeć żadnego gola.

Sześć minut po zamianie stron do głosu doszło Leganes. Po wrzutce z prawego skrzydła piłka wpadła w pole karne, a potem zmierzała w kierunku bramki, ale strzał odbił Joel Robles, jednak zrobił to na tyle nieumiejętnie, że futbolówka znalazła się pod nogami Braithwaite'a, któremu pozostało tylko z bliskiej odległości wpakować ją do siatki. Goście nie cieszyli się długo z prowadzenia, bowiem w 54. minucie ładną akcję prawą stroną przeprowadził Betis, Emerson zagrał do środka, gdzie znajdował się Moron, który z obrońcą na plecach doprowadził do wyrównania. Nie minęło osiem minut, a podopieczni Rubiego już wyszli na prowadzenie. Canales zagrał ładny "no-look pass" do Fekira, który będąc twarzą w twarz z bramkarzem, umieścił piłkę w bramce. Borja Iglesias miał jeszcze szansę na umocnienie prowadzenia, ale piłka odbiła się od słupka.

Więc stało się - Betis wygrał spotkanie w tym sezonie. Chciałoby się rzec - wreszcie, bo dotychczasowa gra Beticos nie napawała optymizmem, a przecież La Liga, dla atrakcyjności swych rozgrywek, potrzebuje tej drużyny. Z kolei Leganes zanotowało trzecią porażkę z rzędu i na dobre rozgościło się w strefie spadkowej.


Real Betis – Leganes 2:1 (0:0)
0:1 Braithwaite
1:1 Moron
2:1 Fekir

Mecz błędów


Rozczarowanie. Właśnie to mogliśmy czuć, oglądając ostatnie spotkania podopiecznych Marcelino. Remis i porażka to nie są rezultaty, jakich oczekujemy od Nietoperzy, a Mallorca, beniaminek, który jak do tej pory zanotował jedno zwycięstwo i jedną porażkę, wydawała się być dobrym kandydatem do poprawienia statystyk.

Od pierwszych minut mogliśmy być świadkami niezłej niespodzianki. Mallorca prezentowała się całkiem przyzwoicie, co skutkowało ostatecznie strzałem w światło bramki około 8 minuty. Valencia może mówić o naprawdę sporej dozie szczęścia, ponieważ strzał Budimira nie był zbyt dobry i trafił tylko w poprzeczkę. To rozwścieczyło Nietoperze, które postanowiły zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Bardzo ładnie w polu karnym pograli Gameiro z Rodrigo, ale piłka nie znalazła się jednak w siatce. Mallorca nie miała jednak zamiaru, by potulnie rozwinąć czerwony dywan do własnej bramki. Wręcz przeciwnie, po upływie 20. minut mocny strzał oddał Lago, ale na jego drodze stanął nikt inny, jak... słupek.

Dwie minuty przed zakończeniem pierwszej połowy sprawy w swoje ręce wzięła wreszcie Valencia. Prąd odcięło Raillemu, który wyciął Coquelina w polu karnym, a sędzia wskazał na jedenasty metr. Do piłki podszedł Dani Parejo i pewnym strzałem otworzył wynik spotkania. Później szansę na umocnienie prowadzenia miał Torres po podaniu Rodrigo, ale jego strzał z prawej strony sparował Manolo Reina. Mallorca jednak zdecydowanie nie chciała dziś wygrać. Ręką w polu karnym zagrał Junior, a sędzia ponownie zawyrokował - rzut karny. Do jego wykonania znów podszedł Dani Parejo i po raz kolejny się nie pomylił, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.

Czy wygrana z beniaminkiem jest powodem do przesadnej radości? No nie. Czy wygrana jest powodem do radości? Zdecydowanie tak. Valencia może mieć bardzo ambiwalentne uczucia po tym spotkaniu, bo niby wygrała i to z dość pewnym rezultatem, ale jednak jakiś zgrzyt pozostał, ponieważ styl nie napawał optymizmem. Szczególnie w chwilach, gdy piłkarze Mallorci tak namiętnie okopywali słupek...


Valencia CF - RCD Mallorca 2:0 (1:0)
1:0 Parejo (k.)
2:0 Parejo (k.)

Papużki upolowane


Źle się dzieje w klubie Espanyolu. Kiepskie pierwsze spotkanie przejawiało symptomy kryzysu, ale chyba nikt nie spodziewał się, że klub, który w zeszłym sezonie awansował do europejskich pucharów, w obecnej chwili będzie znajdował się na przedostatnim miejscu w tabeli. Granada pewnie również nie podejrzewała, że znajdzie się w pierwszej 10.

Na pierwsze trafienie czekaliśmy do 13. minuty. Najpierw Diego Lopez obronił strzał z dystansu, jednak piłka niefortunnie trafiła do Puertasa, który postanowił skorzystać z tego prezentu i umieścił piłkę w siatce. Espanyol próbował złapać kontakt, swoje siły strzałem z dystansu chciał przetestować Victor Sanchez, ale jego strzał przeleciał nad poprzeczką. Poprawić wyczyn kolegi pragnął też Roca, ale po jego uderzeniu piłka również wylądowała na trybunach.

W 68. minucie kilku kuriozalnych błędów dopuściły się Papużki. Roca pomylił koszulki niebiesko-białe z czerwono-białymi i podał do rywala, a Granada uznała, że wstydem byłoby nie skorzystać z takiego prezentu i Carlos Fernandez podwyższył prowadzenie. Dosłownie 6. minut później piłkarze beniaminka zagrali całkiem ładną akcję. Z piłką przy linii bocznej potańczył Machis, zwiódł obrońcę i przerzucił nad nim futbolówkę do zupełnie niekrytego Azeeza, a ten z bliskiej odległości wślizgiem wpakował ją do siatki.

Coraz bardziej podoba nam się ta Granada. Weszła do La Liga całkiem odważnie, fundując nam świetny mecz z Villarreal, przegranej z Sevillą wcale nie musi się wstydzić, a dzisiejszym meczem po prostu ośmieszyła Espanyol. Który - krótko mówiąc - wcale nam się nie podoba.


RCD Espanyol - Granada FC 0:3 (0:1)
0:1 Puertas
0:2 Fernandez
0:3 Azeez

Remont po madrycku


Atletico i zwycięstwo 1:0 - te dwa zjawiska bardzo często idą ze sobą w parze. Zachowawczy styl Diego Simeone musiał się jednak kiedyś zemścić, ale czy ktoś się spodziewał, że to może być właśnie TO spotkanie? Na pewno nie spodziewał się tego Eibar, który postanowił roztrwonić dwubramkowe prowadzenie.

Świadkiem małej sensacji byliśmy już w 7. minucie. Z prawej strony centrę zagrał Orellana, a strzał głową wykończył Charles. Goście nie mieli zamiaru składać broni i w 19. minucie po niefrasobliwym wybiciu piłki przez defensywę Atletico z dalekiej odległości, mocnym strzałem pokonał Oblaka Arbilla. Tutaj już nie było mowy o małej sensacji. Raczej dość sporej.

Gospodarze nareszcie odpowiedzili na ten wstydliwy wynik w 27. minucie. Sprintem prawą stroną puścił się Costa, powalczył cialem z Sergio Alvarezem i wydawało się, że ostatecznie przekombinuje tę akcję, jednak rzeczywistość zweryfikowała ten krytyczny osąd. Hiszpan bowiem wyłożył piękną piłkę Joao Felixowi, który wpakował ją do pustej bramki z bardzo bliskiej odległości, będąc jednocześnie zupełnie niekrytym. Sędzia nie pozwolił na eksplozję radości gości, gdyż postanowił sprawdzić na VARze... no właśnie, co dokładnie? Ewentualnego spalonego? Hipotetyczny faul Costy? Nie wiadomo, ale ostatecznie arbiter podjął decyzję o uznaniu trafienia.

Po zmianie stron podopiecznym Cholo wreszcie udało się doprowadzić do wyrównania. Akcja rozpoczęła się od złego rozegrania piłki przez Eibar, dopadł ją wreszcie Lodi, który wypracował przepiękne podanie do Vitolo, któremu pozostało jedynie umieścić prawą nogą futbolówkę w siatce. Dosłownie chwilę później z boiska na noszach zniesiony został Sergio Alvarez. Trzy minuty później Costa mógł podarować swojemu zespołowi prowadzenie, wygrał pojedynek sprinterski z obrońcami rywala i pewnie umieścił piłkę w siatce, ale sędzia dopatrzył się w tej akcji pozycji spalonej. W 70. minucie ponownie próbowało Atletico - Lemar zagrywał z prawego skrzydła do Vitolo, jednak wydaje się, że podejmował decyzję o podaniu stanowczo za długo i napastnik nie dał rady dojść do piłki.
Dieco Costa ewidentnie nie miał szczęścia w tym meczu... W 82. minucie Vitolo posłał mu świetne podanie, napastnik Atletico wyszedł sam na sam z bramkarzem, zgrabnie go minął, położył na murawie, po czym piłka zatrzepotała w siatce. Nie zdążył jednak się nawet uśmiechnąć, a sędzia liniowy natychmiast podniósł chorągiewkę - gol nieprawidłowy. Dokładnie w 90. minucie odzwiercielenie miało powiedzenie "co się odwlecze, to nie uciecze", bo wreszcie PRAWIDŁOWO trafił do bramki dopiero co wpuszczony na boisko przez Cholo Thomas Partey, dzięki czemu szkoleniowiec mógł eksplodować swoją mocno zamanifestowaną radością.

Słowo stało się faktem - Atletico jest samodzielnym liderem La Liga. Dzisiejszy mecz sprawił im naprawdę sporo kłopotów, jednak nie ma co ukrywać - takimi spotkaniami właśnie wygrywa się ligę. Ekipa Simeone pokazała wolę walki, zaangażowanie i ogromny hart ducha, a to jest kluczem do pożądanej wiktorii.


Atletico Madryt - Eibar 3:2 (1:2)
0:1 Charles
0:2 Arbilla
1:2 Joao Felix
2:2 Vitolo
3:2 Thomas

Niechciany bohater

Czy Real Madryt się w końcu podniesie? To pytanie zadawał sobie każdy na przestrzeni ostatniego sezonu i to pytanie zadaje sobie każdy w obecnym. Styl gry już nikogo nie przekonuje i nawet fakt, że tym razem przyszło się mu zmierzyć z Żółtą Łodzią Podwodną, z którą generalnie lubi grać, wcale nie pomagał.

Gospodarze wyszli na prowadzenie bardzo szybko, bo już w 12. minucie. Myśli Sergio Ramosa na pewno błądziły gdzieś daleko, a już z pewnością nie po boisku, ponieważ źle wyprowadził piłkę, potem próbował ratować się faulem, ale Gerard Moreno nie dał się pokonać, posłał piłkę do Ekambiego, który strzelił prosto w Curtois, do dobitki dopadł inicjator całej akcji i postawił na niej stempel, wpisując się na listę strzelców. 1:0. Trzeba przyznać, że Villarreal imponował już od pierwszych minut. Agresywnie doskakiwali do rywala pressingiem, szybko starali się po przechwycie piłki przetransportować ją pod bramkę Realu. Naprawdę przyjemnie oglądało się Żółtą Łódź Podwodną.

W 20. minucie przed dobrą szansą na wyrównanie wyniku stanęli Madrytczycy. Santi Cazaorla zagrał piłkę ręką, wobec czego arbiter słusznie podyktował rzut wolny, do którego podszedł Gareth Bale, jednak strzelił nad poprzeczką. Dziesięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy ładną akcję rozegrał Real. Wszystko zaczęło się od odbioru Casemiro, potem Lucas wespół z Benzemą i Joviciem widowiskowo, na jeden kontakt rozegrali ze sobą piłkę, która ostatecznie trafiła do Vazqueza, który trafił tylko w boczną siatkę. Benzema miał świetną okazję, by doprowadzić do remisu w 44. minucie, ale jego strzał wyłącznie odbił się od słupka. Królewscy nie zamierzali jednak składać broni i ten upór im się opłacił, bowiem przed gwizdkiem kończącym pierwszą połowę spotkania Jović zagrał wspaniałe prostopadłe podanie, które spróbował jeszcze przeciąć obrońca Villarreal, piłka wpadła pod nogi Carvajala, a ten od razu oddał ją Bale'owi, który z bliskiej odległości wykończył akcję.

Po zamianie stron Real dalej nie odpuszczał. Około 56. minuty przeprowadził prawdziwy szturm na bramkę Żółtej Łodzi Podwodnej. Próbował Kross, próbował Benzema, próbował ponownie Kross, ale nie potrafili finalnie znaleźć drogi do siatki. Francuz zresztą po upływie godziny mógł nawet cieszyć się z faktu wpisania na listę strzelców, ale sędzia dopatrzył się pozycji spalonej. Wnioskując na podstawie drugiej połowy, Villarreal niestety cofnął się do defensywy, oddając lejce ekipie Zizou, która starała się, szarpała grę, ale nie potrafiła tego przełożyć na wynik. Jednak w 73. minucie piłka nożna po raz kolejny pokazała nam, jak bardzo lubi być przewrotna. Żółta Łódź Podwodna próbowała strzelać z dalszej odległości, Courtois sparował strzał, ale Javier Ontiveros nie miał zamiaru zmarnować dobitki i zacentrował piłkę do świetnie wbiegającego twarzą w twarz z bramkarzem Moisesa Gomesa, a ten zmienił rezultat meczu na 2:1. Pięć minut przed zakończeniem drugiej części spotkania Real mógł pokusić się o wywiezienie jednego punktu, ale Benzema ponownie znajdował się na pozycji spalonej. Chwilę później zespół uratował ten, który był z obozu wypychany na wszelkie możliwe sposoby. Modrić odebrał piłkę i zaadresował ją do Garetha Bale'a, a ten znów się nie pomylił i wyrównał rezultat spotkania. Co ciekawe, przed ostatnim gwizdkiem arbitra, z boiska za zebranie dwóch żółtych kartek wyleciał... strzelec dwóch goli Madrytczyków.

Dla postronnego kibica był to bardzo dobry mecz. Duże zaangażowanie, akcja przemieszczająca się spod jednej bramki pod drugą, czerwone kartki, anulowane gole. W tym meczu wydarzyło się prawie wszystko, choć ostatecznie remis może wydawać się delikatnie niesprawiedliwym rezultatem dla Realu Madryt. Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że punkt swojemu zespołowi zapewnił ten, którego zaangażowanie i zamiłowanie do futbolu poddawano pod wszelką wątpliwość, popularny "golfista", Gareth Bale.

Villarreal CF – Real Madryt 2:2 (1:1)
1:0 Moreno
1:1 Bale
2:1 Moises Gomez
2:2 Bale

03.09.2019 02:46, autor: barcelona125, źródło: własne

Powiązane newsy

Mecze


Barcelona

Sevilla
4 : 0
La Liga
Camp Nou - 21:00 06-10-2019

Eibar

Barcelona
0 : 3
La Liga
Estadio Municipal de Ipurua - 13:00 19-10-2019

Slavia Praga

Barcelona
1 : 2
Champions League
Synot Tip Aréna - 21:00 23-10-2019

Barcelona

Valladolid
5 : 1
La Liga
Camp Nou - 21:15 29-10-2019

Levante

Barcelona
3 : 1
La Liga
Ciutat de Valencia - 16:00 02-11-2019

Barcelona

Slavia Praga
0 : 0
Champions League
Camp Nou - 18:55 05-11-2019

Barcelona

Celta Vigo
4 : 1
La Liga
Camp Nou - 21:00 09-11-2019

Tabela La Liga

Drużyna M W R P BZ BS Pkt
1 Barcelona 12 8 1 3 33 15 25
2 R. Madrid 12 7 4 1 25 9 25
3 Atlético 13 6 6 1 15 8 24
4 Sevilla 13 7 3 3 17 14 24
5 R. Sociedad 13 7 2 4 21 14 23
6 Athletic 13 5 5 3 13 8 20
7 Getafe 13 5 5 3 18 15 20
8 Granada 13 6 2 5 19 17 20
9 Valencia 13 5 5 3 19 18 20
10 Osasuna 13 4 7 2 16 13 19
11 Villarreal 13 5 3 5 26 19 18
12 Levante 13 5 2 6 16 16 17
13 Valladolid 13 4 5 4 14 17 17
14 Alavés 13 4 3 6 14 18 15
15 Eibar 13 4 3 6 14 21 15
16 Mallorca 13 4 2 7 12 19 14
17 Betis 13 3 4 6 15 23 13
18 Celta 13 2 3 8 7 19 9
19 Espanyol 13 2 2 9 7 23 8
20 Leganés 13 1 3 9 7 22 6

Ostatnie komentarze