• 195
< >

Podsumowanie 4. kolejki La Liga

Mecz zmarnowanych szans

Wyjazd na wyspę taką, jak Mallorca, nigdy nie jest przyjemny, o czym doskonale wiedzą jej dotychczasowi oponenci. Tym razem nie było inaczej, a przekonał się o tym Athletic Bilbao, który radzi sobie dotychczas lepiej niż dobrze, notując równo po dwa remisy i dwie wygrane, w tym jedną niezwykle przekonującą w Derbach Basków. Niestety, spotkanie inaugurujące 4. kolejkę La Liga nie rozpieściło nas golami.

To był dość wyrównany mecz. Różnica strzałów? Z minimalną przewagą dla gości 11:10. Posiadanie piłki z różnicą kilku procent dla Athletic. Rzuty rożne, faule, kartki: wszystko na wyrównanym poziomie, więc można stwierdzić, że remis wydaje się dość sprawiedliwym rezulatem. Częściej na bramkę uderzało jednak Bilbao i tak chociażby w pierwszej połowie dwukrotnie próbował Raul Garcia, ale nie udało mu się zaskoczyć za każdym razem dobrze ustawionego Manolo Reiny. Następnie Unaia Simona bardzo chciał pokonać Salva Sevilla, oddając mocny strzał z okolicy 30. metrów, ale zakończył go jedynie na słupku.

Pod koniec meczu obydwie drużyny, ściślej ujmując - jedna po drugiej, stanęły przed szansą na odmienienie rezultatu spotkania, ale chyba uznały, że najsprawiedliwiej będzie podzielić się punktem i nie wykorzystały swoich "jedenastek". Uporządkujmy to jednak: najpierw, w 82. minucie w polu karnym nieprzepisowo zatrzymany poprzez "podstawienie nogi" został kojarzony z FC Barceloną Takefusa Kubo. Do piłki podszedł Abdon Prats, ale totalnie przestrzelił i piłka potoczyła się po ziemi obok dalszego słupka. W doliczonym czasie gry natomiast, w siatkówkę w polu karnym Athleticu pograł sobie Idrissu Baba i arbiter podyktował rzut karny dla gości. Wykonał go Aritz Aduriz, ale jego strzał był stanowczo za słaby i zbyt przewidywalny, wobec czego Manolo Reina nie miał specjalnych problemów przy jego obronie. Pod sam koniec spotkania do siatki trafił nawet wchodzący z ławki Alegria, ale sędzia słusznie dopatrzył się spalonego i gola anulował.

Remis wydaje się być najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem i żartobliwie można stwierdzić, że podobne zdanie podzielały obie drużyny, nie decydując się na wykorzystanie tak świetnych szans pod koniec spotkania na roztrzygnięcie go na swoją korzyść. Tak na poważnie: Iberostar Estadio to dość trudny teren i wywiezienie stamtąd punktu nie jest powodem do przesadnego płaczu. Athletic Bilbao i tak poczyna sobie nad wyraz nieźle, więc te straty punktów na pewno były wliczone w koszta całego sezonu.

Real Mallorca – Athletic Bilbao 0:0

To nie sezon na Ogórki

Nie ma co przesadnie się krygować - Żółta Łódź Podwodna przystępowała do tego spotkania w roli faworyta i tylko wyjątkowy optymista (bądź po prostu mowiąc wprost- szaleniec), kwestionowałby to stwierdzenie. Ogórki w tym sezonie prezentują się po prostu fatalnie, rozdając prezenty swoim rywalom na prawo i lewo, jakby Boże Narodzenie przyszło już na jesień.

Pierwsze strzelenia bramki było Leganes, jednak strzał Jose Arnaiza zza pola karnego sparowal Asenjo. Villarreal w końcu potwierdził trafność postawionej na początku tezy już w 26. minucie. Fantastycznym podaniem popisał się Santi Cazorla, który z pierwszego kontaktu miękko wrzucił piłkę do niepilnowanego Gerarda Moreno. Natomiast ten, równie ładnie, przyjął ją na klatkę piersiową i lewą nogą wykończył te pierwszej urody podanie sprezentowane od kolegi. Pięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy podopieczni Callejy umocnili swoje prowadzenie, choć by być precyzyjnym należałoby uściślić, że znów w roli Świętego Mikołaja postanowiło wystąpić Leganes, bowiem piłkę do własnej bramki skierował Jonathan Silva, lewy defensor gospodarzy.

W doliczonym czasie gry, a konkretnie w 93. minucie, padła bramka ustalająca wynik meczu na 3:0. Ponownie na listę strzelców wpisał się Gerard Moreno, do którego dogrywał Ekambi. Warto nadmienić, że ponownie bardzo gościnni okazali się obrońcy Ogórków, ponieważ gdyby nie rykoszet od jednego z nich, gol by najprawdopodobniej wcale nie padł. Zresztą, obrońcy gospodarzy generalnie odstawili podczas tej akcji w obronie naprawdę niezły kabaret, bo zupełnie niekryty (!) w polu karnym (!!) Moreno (!!!) miał czas na odbicie piłki od klatki piersiowej, podjęcie decyzji, w który róg bramki chce strzelać oraz co zje jutro na obiad.

Każdy lubi tych gościnnych gospodarzy. Takich, którzy częstują nas czymś ciepłym do wypicia, obdarowują nas słodkościami, a na pożegnanie jeszcze wręczają nam upominek. Leganes musi jednak zrozumieć, że La Liga nie działa w ten sposób. Bo jak tak dalej pójdzie, swoją gościnnością będą oczarowywać Segunda Division.

CD Leganes – Villarreal CF 0:3 (0:2)
0:1 Moreno 26'
0:2 Silva (sam.) 39'
0:3 Moreno 90+3'

Typowy Real Madryt

Zizou, a także jego piłkarze, bardzo chcieliby udowodnić swoim kibicom, że na własnym stadionie czują się jak w domu nie tylko metaforycznie i nie dadzą się już rozkradać swoim gościom z punktów. Zespół z Walencji mógł być ciężkim przeciwnikiem, ponieważ od początku rozgrywek radzi sobie całkiem nieźle, no ale właśnie... Mógł być.

Podopieczni Zizou niewątpliwie poczuli krew i już od pierwszych minut tego spotkania zaczęli wściekle atakować, co rusz starając się zaskoczyć czymś bramkarza Levante. Ten jednak początkowo miał swój "dzień konia". Pamiętajmy jednak, że co się odwlecze, to nie uciecze. W 25. minucie fantastyczną wrzutkę z prawego skrzydła posłał Carvajal do wbiegającego między obrońców Benzemę, a ten pokonał wreszcie świetnie dysponowanego Fernandeza. Królewscy nie mieli jednak najmniejszego zamiaru zastosować się w myśl zasady "nie kopie się leżącego" i dalej nacierali na skrzywdzonego rywala. Nie minęło 6. minut, a czymś niekonwencjonalnym popisał się ten drugi, którego w Madrycie nie chciało. Mianowicie James Rodriguez posłał piękne prostopadłe podanie do wychodzącego na czystą pozycję Benzemy, a ten ponownie nie zawiódł, podwyższając prowadzenie do 2:0. Pięć minut przed zakończeniem pierwszej połowy, Real postanowił dobić rywala. Wszystko przebiegło niezwykle szybko. Prędka akcja prawym skrzydłem w wykonaniu Vinicusa i zagranie w tempo do wbiegającego w pole karne Casemiro, któremu pozostało już tylko wykończyć tę sytuację.

Trzy minuty po rozpoczęciu drugiej połowy piłkarze Zizou spuścili trochę z tonu i dali się zaskoczyć Levante. Z lewego skrzydła zagrał Carlos Clerc, a akcję skończył wybiegający na czystą pozycję Borja Mayoral, dając chwilę oddechu swoim kolegom. Warto odnotować, że po upływie godziny gry na boisku zameldował się po kontuzji Eden Hazard, nadzieja Madrytu na lepsze czasy. Nie minęły dwie minuty, a ten już zapoczątkował akcję bramkową. Szansy nie potrafił wykorzystać najpierw James, potem Vinicius, aż w końcu Brazylijczyk wykorzystał chaos w szeregach defensywnych rywala i pokonał Fernandeza. Sędzia postanowił jednak przerwać eksplozję radości młodego skrzydłowego, dopatrując się w tej akcji spalonego i jak pokazały powtórki wideo, całkiem słusznie. W 75. minucie gola kontaktowego strzeliło wreszcie Levante. Z rzutu rożnego świetnie w pole karne dośrodkował Campana, a wchodzący z ławki Gonzalo Melero wykończył strzał głową.

Oj, ciężko patrzyło się na Levante w pierwszej połowie. Nieporadność w rozegraniu, totalnie pogubiona defensywa, ledwo dogorywający atak. Krótko mówiąc - obraz nędzy i rozpaczy. W drugiej połowie chciałoby się natomiast zakrzyknąć: typowy Real Madryt! Totalnie zdeklasował rywala w pierwszej partii po to, by w drugiej niemalże roztrwonić trzybramkowe prowadzenie. Tym razem udało się utrzymać zwycięski rezultat do końca, jednak jeśli podopieczni Zizou chcą wygrywać, muszą popracować nad skupieniem w momencie, gdy wysoko prowadzą

Real Madryt – UD Levane 3:2 (2:0)
1:0 Benzema 27'
2:0 Benzema 35'
3:0 Casemiro 42'
3:1 Borja Mayoral 50'
3:2 Melero 77'

Drapieżny Sociedad

Od początku sezonu faszeruje się nas, kibiców La Liga, powtarzaną jak mantrę maksymą, że Real Sociedad obfituje w jakość na papierze i już. Zagęszczenie obiecującym talentem na metr kwadratowy ponoć aż przytłacza, ale jak na razie... nic specjalnego tego nie wynikało. W sobotę nadarzyła się najlepsza co do tego okazja, bowiem RSSS rozgrywał pierwsze spotkanie w tym sezonie na własnym obiekcie, który przeszedł wspaniałą renowację. Jedynie rywal nie napawał optymizmem, jednak jeśli wygrywać, to tylko z najlepszymi.

Można było odnieść wrażenie, że podopieczni Alguacila bardzo chcieli dobrze zaprezentować się podczas inauguracji własnego stadionu, ponieważ przeprowadzali odważne szarże na bramkę Oblaka, ale szczelna defensywa Cholo jak zwykle nie zawodziła. W 24. minucie Sociedad miał szansę poważnie zagrozić Atletico, ale jak zwykle w bramce na wysokości zadania stanął Słoweniec. Isak wyłożył doskonałą piłkę zagraną w tempo do Oyarzabala, ten stanął oko w oko z golkiperem z Madrytu, ale ten świetnie przeczytał jego zamiar i wybronił strzał. Po upływie pół godziny okazję z rzutu rożnego na gola mógł zamienić Koke, ale piłka po jego uderzeniu przeleciała obok bramki. Chwilę później na prowadzenie mogli wyjść gospodarze, ale futbolówka po główce Llorente poszybowała nad poprzeczką.

Po zmianie stron do głosu wreszcie doszedł Real, któremu ten gol należał się jak nikomu. Prawym skrzydłem pomknął Mikel Merino i posłał piłkę do Odegaarda, który zszedł do środka, szukając strzału na lewą nogę, po czym oddał strzał na bramkę. Futbolówka jeszcze odbiła się rykoszetem i Oblak był bez szans. Nie minęła chwila i gospodarze mogli cieszyć się z podwyższenia prowadzenia. Zamieszanie w polu karnym wykorzystał Nacho Monreal, jednak nie mógł długo celebrować swojego trafienia, ponieważ okazało się, że bezładnie na murawie leży Jan Oblak, dosłownie "powalony" strzałem z bliska w głowę w wykonaniu byłego gracza Arsenalu. Co prawda, bramkarz Atletico po chwili wstał z murawy i zapewniał, że ma siły, by dalej grać, ale sztab medyczny Cholo podjął inną decyzję i golkiper został zmieniony. W 75. minucie dwiema wspaniałymi interwencjami popisał się Moya, najpierw fantastycznym refleksem jedną dłonią broniąc strzał sytuacyjny Vitolo, zaś potem rzucając się w dobrą stronę po trudnym uderzeniu Atletico.

To zwycięstwo należało się Realowi Sociedad San Sebastian jak psu buda. Tak po prostu. Podopieczni Aguacila grali podczas tego spotkania jak natchnieni, bez żadnej przesadnej pokory przed ówczesnym liderem rozgrywek. Czy to magia nowego stadionu, czy frustracja spowodowana dotychczasowym stylem gry popchnęła ich do prezentowania takiej pasji? Do końca nie wiadomo, ale wiadomo jedno - taki Real Sociedad chce się oglądać co kolejkę.

Real Sociedad San Sebastian 2:0 Atletico Madryt (0:0)
1:0 Martin Odegaard 58'
2:0 Nacho Monreal 61'

* Potyczkę Barcelony z Valencią już opisywałam. Było to po prostu starcie gołej d*py z batem. *

Super-rezerwowi

To było starcie drużyn, które ujmując to trochę bardziej eufemistycznie: nie rozpieszczają swoich kibiców. Ujmując dosadniej: najzwyczajniej na całej linii zawodzą. Przedostanie i trzecie od końca miejsce w tabeli to skandaliczne pozycje w przypadku takich drużyn jak Espanyol i Eibar. Szczególnie zważywszy na fakt, że Papużki zakwalifikowały się w poprzednim sezonie do europejskich pucharów...

W 14. minucie przed doskonałą sytuacją stanęli goście. Calleri świetnie przyjął sobie piłkę na klatkę piersiową i z dwoma obrońcami na plecach ruszył na bramkę Dmitrovicia, ale ten w porę wyszedł ze swojego stanowiska pracy i przeciął strzał. Calleri jeszcze próbował go obejść, ale ostatecznie spudłował z bliskiej odległości. W następnych minutach to Eibar częściej starał się przebywać na partii boiska przeciwnika, ale wciąż brakowało wykończenia z przodu. Przed zakończeniem pierwszej połowy próbował strzału z połowy pola karnego Exposito, ale piłka poszybowała obok słupka. Ostatecznie żadnej drużynie nie udało się zaskoczyć defensywy oponenta i na przerwę udały się przy wyniku 0:0.

Zaraz po zmianie stron można było odnieść wrażenie, że podczas pauzy w grze w szatni odwiedziły pilkarzy ludziki z "Kosmicznego meczu", bo błędy w przyjęciu czy rozegraniu momentami przywoływały w pamięci obrazki rodem z naszej rodzimej ekstraklasy. Około 58. minuty ze stojącej piłki zagrał Orellana, do główki niczym rasowy snajper wyskoczył defensor Ramis, a piłka zatrzepotała w siatce obok bezradnego Diego Lopeza. Znamienny w tej sytuacji był obrazek, gdy piłkarz Espanyolu, mający kryć zdobywcę gola, nie podskoczył nawet na milimetr. Chwilę później gospodarze mogli cieszyć się z drugiego gola, ponieważ do siatki z bliskiej odległości trafił Sergi Enrich, ale sędzia dopatrzył się w tej sytuacji faulu Eibaru i trafienie słusznie anulował. Piętnaście minut przed zakończeniem regulaminowego czasu gry świetną piłkę za plecy obrońców zagrał Vargas, który niedawno wszedł z ławki. Do piłki wybiegł Ferreyra, utrzymał się przy niej, mając na plecach dwóch obrońców i zapewnił swojej drużynie remis. Od razu po strzeleniu bramki złapał się za mięsień dwugłowy i niesamowicie wzburzony, w asyście lekarzy, opuścił boisko, a zastąpił go Esteban Granero. Minutę później wynik podwyższył... Espanyol. Z lewego skrzydła zagrał Vargas, ale nie do końca było wiadomo, czy ma zamiar strzelać, czy podawać do kolegów. Piłka w ostateczności odbiła się od zawodników Eibaru i trafiła pod nogi Granero, który kilkadziesiąt sekund wcześniej zameldował się na boisku i z bliskiej odległości wpakował piłkę do siatki.

To był... dziwny mecz. Można było odnieść całkiem słuszne wrażenie, że to Eibar był drużyną zdecydowanie lepszą, częściej napierającą na bramkę i generalnie dłużej utrzymującą się przy piłce. Espanyol przyjął postawę "na przeczekanie" i finalnie mu się to opłaciło. Należy jednak zwrócić uwagę na istotny fakt, że obie bramki padły na przestrzeni dwóch minut. Wynik zakłamuje obraz meczu, ale faktem jest, że to Papużki mogą cieszyć się ze zgarnięcia pełnej puli, po raz pierwszy w tym sezonie.

SD Eibar – Espanyol Barcelona 1:2 (0:0)
1:0 Ramis 58'
1:1 Ferreyra 76'
1:2 Granero 79'

W strugach deszczu

To z kolei było starcie drużyn, które w tym sezonie sprawiają swoim kibicom powody do radości. Szczególnie podobać może się zespół Julena Lopeteguiego, którego ręka wyraźnie odzwierciedla się w grze jego podopiecznych. Grają odważnie, z pomysłem, finezyjnie, wciąż starając się uprzykrzyć życie rywalom. Z kolei Alaves, w myśl zasady, że nie zmienia się zwycięskiej strategii, kontynuuje myśl taktyczną Abelardo, co jak widać na przestrzeni aktualnego sezonu, całkiem jej się opłaca.

Pięć minut po rozpoczeciu rozgrywki do niebezpiecznego starcia doszło w polu karnym Alaves. Krótko mówiąc - byliśmy świadkami odzwierciedlenia w rzeczywistości powiedzenia "wyciąć kogoś równo z trawą". Mubarak bowiem dosłownie wyciął równo z trawą Ocamposa, jednak sędzia podjął decyzję o niepodyktowaniu rzutu karnego za ten brutalnie wygladający faul. Chwilę później przed szansą na otwarcie wyniku stanął Joselu, ale jest strzał z ostrego kąta finalnie wylądował obok słupka. Na finezyjne zagranie chrapkę nabrał Ocampos, który na pamięć zagrał piętką do tyłu, ale niestety nie udało się ani do nikogo zaadresować piłki, ani też pokonać Pacheco. W 26. minucie Reguilon ruszył sprintem na bramkę Deportivo, posłał świetną płaską piłkę do de Jonga, który co prawda mógł strzelać, ale zdecyował się oddać piłkę, skutkiem czego Oliver Torres oddał zbyt słabe uderzenie i Pacheco nie miał większego problemu z wyłapaniem go. Chwilę później napastnik Sevilli chciał się zrehabilitować i po centrze Banegi z lewego skrzydła od razu uderzył, ale ponownie lepszy okazał się bramkarz Alaves. W 37. minucie do stojącej piłki podszedł Jordan i uderzył pięknym wolejem, a Pacheco mógł tylko odprowadzić futbolówkę wzrokiem, gdy ta zdejmowała pajęczynę z jego bramki.

Po wyjściu z szatni i zmianie stron poziom widowiska znacznie opadł. Można to przede wszystkim tłumaczyć ulewnym deszczem, który zerwał się podczas drugiej części spotkania i bardzo utrudniał piłkarzom składne rozgrywanie piłki. Po upływie ponad godziny gry rzut karny należał się Alaves, gdy w polu karnym brutalnie nadepnięty został Aleix Vidal, ale ku zdumieniu postronnych widzów i ku uciesze Sevilli, arbiter zdecydował się nie dyktować jedenastki. W 82. minucie w ciekawy drybling wdał się Ocampos, ale nie trafił niestety w światło bramki. W doliczonym czasie gry posypało sie sporo żółtych kartek, co było następstwem przepychanki, której dopuścili się gracze obu drużyn. W ostatniej minucie spotkania Manu Garcia miał na głowie piłkę meczową, ale ta poszybowała tylko obok słupka.

Szkoda, że plany piłkarzy musiały pokrzyżować zjawiska meteorologiczne, bo po pierwszej połowie mogliśmy spodziewać się całkiem fajnego widowiska. Niestety, przy tak ulewnym deszczu, ciężko było o sklecenie jakiejkolwiek skladnej akcji. Tym niemniej, opady to żadna wymówka, Lopetegui będzie miał do pogadania ze swoimi podopiecznymi, ponieważ w drugiej połowie prezentowali się po prostu nieciekawie, a to nie przystoi liderowi La Liga.

Deportivo Alaves – Sevilla FC 0:1 (0:1)
0:1 Jordan 37'

Mecz do jednej bramki

Granada naprawdę nie ma się czego wstydzić. Można wręcz z pełną stanowczością stwierdzić, że przebojem wdarła się do Primera Division i wygodnie umościła się w pierwszej 10 tabeli. Do rywali podchodzi bez przesadnego respektu i potrafi wykorzystać atut własnego boiska. Celta słynie jednak z tego, że tanio skóry nie sprzedaje, szczególnie gdy na boisku jest Iago Aspas.

Już w 11. minucie wyproszony z murawy został Jorge Saenz, kiedy to VAR szepnął do sluchawki sędziemu, że temu Panu już stanowczo za grę podziękujemy. Natomiast w 25. minucie zrobiło się bardzo gorąco, ponieważ doszło do przepychanki pomiędzy graczami obu drużyn, jednak arbiter postanowił, że nie obdaruje nikogo czerwoną kartką za faul jakiego dopuścił się Beltran, atakując wślizgiem Puertasa uniesionymi nad ziemią nogami. Ponownie zainterweniował VAR, który zaprosił sędziego do monitora, by sam ocenił tę sytuację. Po obejrzeniu powtórek zdecydował się podmienić żółty kartonik na czerwony, wobec czego Celta po upływie pół godziny grała... w 9! Pare minut przed zakończeniem pierwszej połowy piłka zatrzepotała w siatce gości, ale sędzia bramki nie uznał i bardzo słusznie, ponieważ biorący udział w akcji Soldado był na spalonym. W ostatnich sekundach doliczonego czasu gry pierwszej połowy wreszcie z korzystnego faktu gry w przewadze skorzystała Granada. Z rzutu rożnego dośrodkował Angel Montoro, a na listę strzelców wpisał się German Sanchez.

Pięć minut po rozpoczęciu drugiej partii spotkania, goście mieli szansę na podwyższenie prowadzenia, ale ponownie na pozycji spalonej znajdował się Soldado, który brał bezpośredni udział w akcji. W 54. minucie padł przepiękny gol, poprzedzony krótką wymianą piłki w polu karnym. Autorem strzału był Herrera, który świetnie przyjął piłkę, nadając jej rotacji i trafił w samo okienko bramki.

Ojej... Brzydki to był mecz. Dużo kartek, zarówno żółtych jak i czerwonych, było następstwem agresywnej, niemiłej dla oka gry. Zresztą, samej gry właśnie było rozczarowująco niewiele. Częściej byliśmy świadkami jakichś szarpanych, nieudolnych akcji i nieładnych fauli aniżeli samej sportowej rywalizacji. To, że Celta od 30. minuty grała w dziewiątkę, najprawdopodobniej zabiło mecz, ale w zbrodni ochoczo pomogła też Granada, która niespecjalnie chciała wykorzystać korzyść z grania w przewadze. Śmiało można przyznać tej rozgrywce niechlubny status rozczarowania kolejki.

Celta Vigo - Granada 0:2 (0:1)
0:1 Sanchez 45+6'
0:2 Herrera 54'

Sprawiedliwy remis

Real Valladolid po zeszłorocznej, rozczarowującej kampanii ma sporo motywacji do tego by w tym sezonie, już z czystą kartą, jak najlepiej zaprezentować się swoim kibicom i udowodnić, że zasługują na miejsce w Primera Division, co wychodzi im jak do tej pory poprawnie. Osasuna natomiast może być więcej niż ukontentowana z postawy swoich piłkarzy, ponieważ miejsce w połowie tabeli w przypadku beniaminka jest niezwykle satysfakcjonujące.

Szasnę na obejrzenie pierwszego celnego trafienia mieliśmy dość szybko, bowiem już w 13. minucie, ale Torres strzelił na tyle niecelnie, że nie zmusił do wymagającej interwencji Masipa. Osasuna jednak nie miała najmniejszego zamiaru się poddać i wciąż nacierała, na przykład w 36. minucie dobrą okazję miał Avila, ale wzorem kolegi również z niej nie skorzystał. Skutkiem tego po gwizdku arbitra, który kończył pierwszą połowę, wciąż na tablicy widzieliśmy wynik 0:0.

Po wznowieniu gry wreszcie do głosu zaczęli dochodzić gospodarze. Jedna z najważniejszych postaci w zespole, Sergi Guardiola, miał dobrą okazję na otwarcie spotkania, ale jego strzał był źle wymierzony i ostatecznie Ruben nie musiał nawet interweniować. W końcu, po upływie 66. minut, mogliśmy obejrzeć piłkę trzepoczącą w siatce gości. Autorem gola był Hervias, który zameldował się na boisku w drugiej połowie. Pomocnik oddał pięknej urody strzał z rzutu wolnego, który poszybował nad czteroosobowym murem, odbił się od poprzeczki, po czym znalazł swój cel w okienku bramki. Ruben był kompletnie bez szans. Zespół z Pampeluny nie miał zamiaru być jednak specjalnie hojny i w 81. minucie na listę strzelców wpisał się Ibanez. Adrian zagrał ładne prostopadłe podanie na dobieg do Avilli, ten wybiegł z nią na prawą flankę i posłał podanie wszerz boiska do znajdującego się praktycznie oko w oko z Masipem pomocnika, który wpakowal piłkę do siatki.

Cóż, remis z całą pewnością cieszy obie drużyny, bo dzięki niemu wciąż zajmują satysfakcjonujące miejsca w tabeli. Przynajmniej trzeba mieć nadzieję, że cieszy, bo postronnego kibica raczej to spotkanie jakoś specjalnie nie porwało.

Valladolid - Osasuna 1:1 (0:0)
1:0 Hervias 66'
1:1 Ibanez 81'

Remis w dzieś... dziewiątkę

Betis przystępował do niedzielnego spotkania po pierwszym zwycięstwie w tym sezonie. Co prawda, jego ofiarą padło katastrofalne w tym sezonie Leganes, ale nie ma się co specjalnie krygować - wygrana to wygrana. Na duchu podnosi zawsze. Tym razem trafili na naprawdę ciężkiego przeciwnika, lubującego się w defensywnym, kunktatorskim futbolu Getafe, z którym zespoły takie jak Betis radzą sobie nieszczególnie dobrze.

Już po pierwszym kwadransie gry mogliśmy zaobserwować pierwsze celne trafienie w tym spotkaniu. Autorem gola był Jaime Mata, który bardzo pewnym strzałem w okienko bramki wykorzystał szansę z jedenastki. Arbiter zaordynowal rzut karny, ponieważ wcześniej w polu karnym brutalnie powalony został Marc Cucurella. Gospodarze, całkowicie na własne życzenie, skomplikowali sobie sytuację jeszcze bardziej, ponieważ od 27. minuty musieli radzić sobie w dziesięciu, gdy sędzia obdarował czerwoną kartką Carvalho. Pod koniec pierwszej połowy szczęścia próbował jeszcze Molina, ale Robles nie dał mu się zaskoczyć, dzięki czemu jego drużyna schodziła do szatni z bagażem tylko jednej straconej bramki.

Po drugim gwizku sędziego Betis ewidentnie nie miał pomysłu na skruszenie dobrze zorganizowanej defensywy gości. W 57. minucie piękną indywidualną akcją popisał się Pedrasa, znalazł sobie sporo miejsca, potem przepchnął się z rywalami i oddał strzał, jednak ten był niecelny i poszybował nad poprzeczką. Po upływie 70. minut nieprzepisowo w polu karnym zatrzymany przez Dakonama został Fekir. Akcję zainicjował Moron, posłał ładną prostopadłą piłkę do Francuza, który najpewniej znalazłby się oko w oko z bramkarzem, gdyby nie agresywna interwencja obrońcy. Sędzia wskazał na wapno, do piłki podszedł niezawodny Joaquin i z niesamowitym spokojem pokonał Sorię. Nie zdążyliśmy jeszcze ochłonąć po pierwszym golu Betisu, a już do siatki trafił Moron, ale arbiter anulował trafienie, bowiem podopieczni Rubiego zbyt szybko rozpoczęli akcję po uprzednim zatrzymaniu jej przez sędziego. Chwilę przed zakończeniem regulaminowego czasu gry niesamowitą kontrą popisało się Getafe. Piłkę do pędzącego sprintem Angela Rodrigueza posłał były piłkarz Barcelony, Cucurella. Napastnik urwał się obrońcom i samodzielnie ruszył na bramkę, minął Roblesa jak juniora, obiegł jeszcze defensora Betisu i trafił do siatki, jednak sędzia zdecydował się gola anulować, bowiem jak pokazały powtórki, piłkarz znajdował się na spalonym. W doliczonym czasie spotkania Moronowi totalnie odcięło prąd. Postanowił pobawić się w chirurga plastycznego i przetransformować delikatnie twarz Djene za co arbiter bez zastanowienia, słusznie zresztą, ukarał go bezpośrednią czerwoną kartką. Ostatecznie Real zakończył ten mecz w dziewiątkę.

W pierwszej połowie naturalnie dominowało Getafe. Paradoksalnie natomiast Betis, po rozpoczęciu drugiej partii spotkania, w dziesiątkę na boisku, radził sobie zdecydowanie lepiej. Ostatecznie jednak wydaje się, że remis jest dość sprawiedliwym rezultatem. Szokującym jednak jest fakt, że dwie tak świetne drużyny jak Getafe, które przebojem zakwalifikowało się przecież do europejskich pucharów i zawsze dobry Betis, niebezpiecznie kręcą się wokół strefy spadkowej.

Betis - Getafe 1:1 (0:1)
0:1 Mata 15' (k.)
1:1 Joaquin 73' (k.)

16.09.2019 00:41, autor: barcelona125, źródło: własne

Powiązane newsy

Mecze


Barcelona

Sevilla
4 : 0
La Liga
Camp Nou - 21:00 06-10-2019

Eibar

Barcelona
0 : 3
La Liga
Estadio Municipal de Ipurua - 13:00 19-10-2019

Slavia Praga

Barcelona
1 : 2
Champions League
Synot Tip Aréna - 21:00 23-10-2019

Barcelona

Valladolid
5 : 1
La Liga
Camp Nou - 21:15 29-10-2019

Levante

Barcelona
3 : 1
La Liga
Ciutat de Valencia - 16:00 02-11-2019

Barcelona

Slavia Praga
0 : 0
Champions League
Camp Nou - 18:55 05-11-2019

Barcelona

Celta Vigo
4 : 1
La Liga
Camp Nou - 21:00 09-11-2019

Tabela La Liga

Drużyna M W R P BZ BS Pkt
1 Barcelona 12 8 1 3 33 15 25
2 R. Madrid 12 7 4 1 25 9 25
3 Atlético 13 6 6 1 15 8 24
4 Sevilla 13 7 3 3 17 14 24
5 R. Sociedad 13 7 2 4 21 14 23
6 Athletic 13 5 5 3 13 8 20
7 Getafe 13 5 5 3 18 15 20
8 Granada 13 6 2 5 19 17 20
9 Valencia 13 5 5 3 19 18 20
10 Osasuna 13 4 7 2 16 13 19
11 Villarreal 13 5 3 5 26 19 18
12 Levante 13 5 2 6 16 16 17
13 Valladolid 13 4 5 4 14 17 17
14 Alavés 13 4 3 6 14 18 15
15 Eibar 13 4 3 6 14 21 15
16 Mallorca 13 4 2 7 12 19 14
17 Betis 13 3 4 6 15 23 13
18 Celta 13 2 3 8 7 19 9
19 Espanyol 13 2 2 9 7 23 8
20 Leganés 13 1 3 9 7 22 6

Ostatnie komentarze