• 488

Podsumowanie 14. kolejki La Liga

Levante - Mallorca


No, nie powiem, że z jakimś szczególnym utęsknieniem oczekuję meczów piątkowych. Zwykle są to, choć głośno się o tym nie mówi, mało atrakcyjne spotkania, które przecież w ramach swoistego paktu solidarnościowego, nie mogą być już puszczane w poniedziałki. Jakoś jednak trzeba je w tym kalendarzu upchnąć, wobec czego najczęściej lądują w piątkowym grafiku.

Czy przebieg meczu w pierwszej połowie miał jakiekolwiek podstawy do zmiany mojego, wyrobionego już jakiś czas temu, zdania? Zaskoczenie - otóż nie. Jak przystało na batalię dwóch zespołów z połówki tabeli, nie było fajerwerków. Ani jedna, ani druga drużyna nie miała zamiaru specjalnie wychodzić przed szereg i zapamiętale atakować przeciwnika. Raczej, jak to zwykle bywa w tego typu przypadkach, była to gra na przeczekanie i wyczucie przeciwnika. Skutkiem tego przez pierwsze 45. minut nie obejrzeliśmy żadnego gola. Szkoda.

Całe szczęście po zmianie stron piłkarze chyba doszli do wniosku, że nieludzkim jest tak straszne torturowanie własnych widzów tym marnym widowiskiem i zdecydowali się wreszcie ruszyć na bramkę przeciwnika. Pierwszym wybawcą był Roger Marti, który w 52. minucie pokonał golkipera Mallorci. Goście pomyśleli, że nieładnie by było, gdyby zabawianiem ich garstki kibiców zajmowali się gospodarze, więc Dani Rodriguez w 65. minucie doprowadził do wyrównania. Stempel na spotkaniu postawił jednak Ruben Rochina, który naprawdę pięknym strzałem z dystansu w 71. minucie ustalił wynik meczu na 2:1.

Levante ustabilizowało swoje miejsce na 9. pozycji i może być z tego powodu całkiem słusznie ukontentowane. "Co dla jednych jest sufitem, dla innych jest podłogą" i wydaje się, że to miejsce w tabeli jest sufitem zespołu Paco Lopeza. Mallorca natomiast niebezpiecznie krąży wokół miejsca spadkowego i od zagrożonej spadkiem Celty dzielą ją wyłącznie dwa punkty.


Levante UD - RCD Mallorca 2:1 (0:0)
1:0 Roger Marti 52'
1:1 Dani Rodríguez 65'
2:1 Rochina 73'

Betis - Valencia


Powiedzieć, że Betis radzi sobie w tym sezonie kiepsko, to jak nie powiedzieć praktycznie nic. Zaledwie 15. miejsce to dla tak ambitnej drużyny zwyczajny wstyd i reputacji nie ratuje jej nawet fantastyczna ostatnio forma Lorena Morona. Dobrym asumptem do zwycięstwa mógł być rywal, mianowicie pogrążona w wywołanym na własne życzenie kryzysie, Valencia.

Pierwsi na prowadzenie wyszli jednak goście. Pewnym sprintem na prawym skrzydle pomknął Ferran Torres, wygrał pojedynek ze chcącym go za wszelką cenę powstrzymać Alexem Moreno, po czym ciężko uznać, czy podawał do Maxiego Gomeza, czy też pragnął sam wpisać się na listę strzelców, ponieważ futbolówka odbiła się jeszcze od gracza Betisu. Koniec końców Urugwajczyk szczęśliwie do niej dopadł i pokonał bezradnego Roblesa. Gospodarze nie byli jednak specjalnie gościnni i pięć minut później już doprowadzili do wyrównania. Ładną akcją z lewej strony popisał się Alex Moreno, który posłał niemal co do centrymetra wymierzoną centrę do Joaquina. Temu weteranowi nie trzeba dwa razy tłumaczyć, jak trafić do bramki rywala - szybkim strzałem bez przyjęcia, czubkiem buta pokonał Cillissena.

Betis nie miał jednak dość, najwyraźniej miał dziś ochotę prewencyjnie nastrzelać ile się da - w końcu nie wiadomo, kiedy znów taka okazja się przydarzy. W przypadku podopiecznych Rubiego w tym sezonie nie można mieć pewności, że taki sam mecz powtórzy się dwa razy z rzędu, a tak słabej Valencii zwyczajnie nie wypada nie dobić. Jeszcze w doliczonym czasie gry wspaniałym golem z rzutu wolnego popisał się Canales. Przymierzył idealnie w samo okienko, Cillissen zwyczajnie był bez jakicholwiek szans.

Ekipa z Sevilli nie ma specjalnego powodu do odkorkowywania szampanów. Cztery punkty, dzielące ją od miejsca spadkowego na tym etapie sezonu to jej margines wstydu. Destrukcyjny wpływ Petera Lima także nie pozostaje bez wpływu na Nietoperze, które musiały pogodzić się z przerwaniem serii trzech meczów bez porażki i uwłaczającym, w przypadku tej drużyny, 10. miejscem.


Real Betis – Valencia CF 2:1 (1:1)
0:1 Gomez 32'
1:1 Joaquin 37'
2:1 Canales 90+3'

Granada - Atletico


Niech ktoś wreszcie weźmie Cholo na stronę, na poważną, męską rozmowę i oznajmi mu w kilku żołnierskich słowach tę niezwykłą prawdę objawioną. Otóż, uwaga!: Cholo kochany, naprawdę nie da się wygrywać absolutnie wszystkich meczów 1:0. Zwyczajnie się nie da i im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej dla Ciebie, dla Twojej drużyny, a chyba przede wszystkim dla nas, kibiców. Bo chyba żaden z was nie przyzna, że jest tak niepoprawnym masochistą, że kunktatorstwo Atletico na murawie sprawia mu przyjemność. Równie dobrze może sprawiać mu przyjemność obserwowanie jak rośnie trawa. Choć chyba nawet w tym procesie możemy aktualnie zaobserwować więcej czystych emocji.

W pierwszej połowie był to typowy mecz w stylu Cholismo oraz w stylu Granady wykorzystującej atut własnego boiska. Obejrzeliśmy trochę żółtych kartek, wystarczyło nawet równo po dwie dla każdej z ekip, trochę szarpanej gry i to by w zasadzie było na tyle. Nie ma co z przesadną estymą rozpisywać się o tych trzech kwadransach, bo nie był to żaden przełom w świecie futbolu.

Pierwszego gola doczekaliśmy się po zmianie stron. Mądrze na środku boiska zachował się Vitolo, który oddał piłkę do Herrery. Ten posłał ją przepięknym prostopadłym podaniem do będącego po prawej stronie pola karnego Lodiego i mogło się wydawać, że będzie podawał do wbiegającego w pole karne Moraty, jednak zdecydował się na indywidualny strzał i była to dobra decyzja. Atletico mogło cieszyć się z prowadzenia. Radość gości nie trwała jednak długo, ponieważ już 7. minut później Granada doprowadziła do wyrównania. Z rożnego celnie dośrodkował Angel Montoro i bęzbłędnie głową uderzył German Sanchez. Oblak mógł tylko bezradnie rozłożyć ręce.

A nie mówiłam, Cholo, że się nie da? Mówiłam! Tylko w przeciągu ostatnich pięciu spotkań, Atletico zanotowało aż trzy remisy! Zgadnijcie, proszę, jakim stosunkiem bramek? Oczywiście 1:1. Czy to już jakiś precedens? Granadzie natomiast udało się przerwać haniebną serię trzech meczów bez porażki. Remis z tak renomownym rywalem na pewno może podnieść morale zespołu.


Granada CF – Atletico Madryt 1:1 (0:0)
0:1 Renan Lodi 60'
1:1 Sanchez 67'

Real Madryt - Real Sociedad


Drepcze Real Barcelonie po piętach, oj drepcze. Podopieczni Zizou najwyraźniej wyczuli krew w szeregach Blaugrany i zamierzają to skrzętnie wykorzystać. Zadanie mogło się wydawać trudne, bowiem na przeciwko nich stanęła drużyna, którą śmiało można nazwać rewelacją tych rozgrywek. Ekipa ze stolicy nie pozostawiła jednak przybyłym żadnych wątpliwości.

Spotkanie już w drugiej minucie doskonale rozpoczęło się dla gości. Ramosowi ewidentnie przepaliły się styki i tak niefortunnie podał do Courtoisa, że opcję podania sprytnie przeciął Jose i skorzystał z tak hojnego prezentu defensora Królewskich, najpierw obchodząc bezradnego bramkarza, a następnie ładując piłkę do pustaka. To tylko rozbudziło apetyt napastnika Sociedad, który kilka minut później stanął przed szansą na podwyższenie prowadzenia, ale Belg między słupkami tym razem nie dał się zrobić w balona. W kolejnych minutach oglądaliśmy prawdziwy festiwal strzałów z dystansu. Wyróźnić tutaj należy na pewno Hazarda oraz Odegaarda. Nie udało się strzałami z dalekiej odległości, to udało się z rzutu wolnego. Doskonale wycentrował Luka Modrić, a Benzema dosłownie klatką piersiową wtoczył piłkę do bramki.

Druga połowa świetnie rozpoczęła się dla gospodarzy. Ledwie minutę po wybrzmieniu gwizdka arbitra rozpoczynającego drugą połowę akcję ponownie wypracował Luka Modrić, który posłał piłkę do Fede Valverde, a ten strzałem zza pola karnego pokonał Alexa Remiro. W 73. minucie stempel na spotkaniu postawił rozgrywający świetne zawody tego wieczoru Chorwat, który do dwóch asyst dorzucił jeszcze gola. Prawym skrzydłem pomknął Gareth Bale, posłał piłkę do wbiegającego w pole karne Benzemy, a ten zamiast strzelać, odegrał ją głową do Luki Modricia, który oddał piękny strzał z pierwszego kontaktu ze środka pola karnego.

Szkoda Realu Sociedad, ale w tym konkretnym spotkaniu Real był po prostu lepszy. Miał Lukę Modricia i miał Benzemę i to wystarczyło do skompletowania trzech punktów. A Barcelona cały czas czuje nieprzyjemny oddech na plecach...


Real Madryt - Real Sociedad 3:1 (1:1)
0:1 Willian Jose 2'
1:1 Benzema 37'
2:1 Valverde 47'
3:1 Modrić 74'

Espanyol - Getafe


Zdradzę wam sekret. Gdy już człowiek przestanie się łudzić i bezproduktywnie nastawiać, że zobaczy jakieś show podczas meczu Getafe, to jego mecze przestają go rozczarowywać. Przyzwyczajamy się do małej liczby strzałów, ale za to sporej ilości kartek. Małej ilości koronkowych podań, ale za to sporej ilości gry na przeczekanie. W pewnym momencie nawet zaczyna mieć to jakiś swój urok, bo przynajmniej w swojej grze są nad wyraz konsekwentni.

Goście wyszli na prowadzenie już w trzeciej minucie. Cucurella wyrzucił piłkę z autu do Mathiasa Olivery, ten przerzucił ją wysoko i posłał idealną centrę na głowę Maty, który pokonał bezradnego Diego Lopeza, który w zasadzie nawet nie zdążył w żaden sposób zareagować. Gol dla Papużek padł w bardzo podobny sposób, z tą różnicą, że z rzutu rożnego. Piłka w zamieszaniu w polu karnym odbiła sie jeszcze od głowy gracza z Madrytu i ostatecznie wpadła pod nogi Wu Leia, który strzałem z pierwszego kontaktu z bliskiej odległości pokonał Davida Sorię.

W drugiej połowie nie uświadczyliśmy więcej trafień, choć w pewnym momencie Espanyol starał się przesądzić wynik na swoją stronę, jednak ostatecznie rezultat nie uległ zmianie i mecz zakończył się podziałem punktów.

W żaden sposób to spotkanie nie odmieniło sytuacji Papużek, która jest jednym słowem: katastrofalna. Trzy porażki z rzędu i jeden remis sprawiły, że bardzo wygodnie urządzają się w strefie spadkowej, inkasując jak do tej pory zaledwie 9. punktów. Rozgrywkę w zdecydowanie lepszych humorach skończyli goście, którzy aktulnie plasują się na 7. pozycji w tabeli.


Espanyol - Getafe 1:1 (1:1)
0:1 Mata 3'
1:1 Wu Lei 45'

Osasuna - Athletic Bilbao


Athletic Bilbao zasługuje w tym sezonie na słowa uznania. Może nie rozjeżdża swoich rywali walcem w każdym spotkaniu, ale kiedy tylko może, to niemiłosiernie punktuje, skutkiem czego walka o europejskie puchary staje się w tym sezonie całkiem realna. Tym razem czekał ich jednak naprawdę bardzo ciężki wyjazd na El Sadar, gdzie niejednej lepszej ekipie powinęła się już noga...

Goście mogli wyjść na prowadzenie już w 8. minucie, gdy świetnie do piłki w polu karnym wyszedł Raul Garcia i trafił do siatki Sergio Herrery, ale wymownie nie spieszył się z eksplozją radości. Jak się okazało - całkiem slusznie, ponieważ jak wykazały powtórki wideo, piłkarz w momencie strzału znajdował się na pozycji spalonej. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Paręnaście minut później ten sam zawodnik ponownie spróbował wpisać się na listę strzelców, ale golkiper gospodarzy nie dał się zwieźć. To powinno dać sygnał Osasunie do zwarcia szeregów, tak się jednak nie stało i w 21. minucie Athletic przeprowadził błyskawiczną kontrę, a Inaki Williams strzałem z ostrego kąta z prawej strony boiska na dalszy słupek wyprowadził swój zespół na prowadzenie.

Po rozpoczęciu drugiej części spotkania przed doskonałą szansą na doprowadzenie do wyrównania stanął Ruben Garcia, ale przestrzelił nad bramką. Chwilę później Roberto Torres zapragnął skopiować bramkę Williamsa, ale nie uderzył tak celnie i piłka minęła słupek. W końcu w 76. minucie Osasuna rozpracowała defensywę gości. Marc Cardona bez przyjęcia posłał wysoką piłkę do Chimy Avili, który strzałem z pierwszego kontaktu, czubkiem buta pokonał Unaia Simona. Baskowie odpowiedzieli niemalże natychmiast. Twórcami trafienia był duet Inigo Lekue-Kenan Kodro, ale ostatecznie to ten drugi wpisał się na listę strzelców, posyłając piłkę do bramki między nogami obrońcy z Pampeluny.

Wygrana na tak trudnym terenie jest na pewno powodem do pewnej radości. W zasadzie goście nawet nie dali się długo pocieszyć gospodarzom z prowadzenia, niemalże natychmiast studząc ich zapędy kubłem zimnej wody i dając do zrozumienia, kto przyjechał tutaj zgarnąć pełną pulę. Takimi meczami na pewno nie wygrywa się ligi, ale przyzwolenie do gry w europejskich pucharach na pewno.


Osasuna - Bilbao 1:2 (0:1)
0:1 Williams 21'
1:1 Chimy Avila 76'
1:2 Kodro 79'

Eibar - Deportivo Alaves


To było starcie drużyn będących niemalże sąsiadami w ligowej tabeli. Z tą różnicą, że Deportivo miało powody do optymizmu przed spotkaniem, będąc na fali dwóch zwycięstw z rzędu. Natomiast Eibar miał prawo do niepokoju, bowiem dwa ostatnie spotkania to pasmo porażek.

W pierwszej połowie niestety żadnej drużynie nie udało się otworzyć wyniku spotkania, jednak nie oznacza to wcale, że nie było ku temu okazji. Wręcz przeciwnie, swoje sytuacje miała zarówno drużyna gospodarzy, jak i gości. Wyróżnić tutaj należy na pewno Sainza, któremu niestety nie udało się zaskoczyć świetnie ustawionego Dmitrovicia, natomiast po drugiej stronie Kike uderzył nieprecyzyjnie, skutkiem czego piłka nie wylądowała w siatce.

Worek z golami otworzył się dopiero w drugiej połowie. Asumpt do stwierdzenia, że w tym spotkaniu padną jeszcze jakieś celne trafienia dał Burke, ale przestrzelił. Wreszcie w 85. minucie Aleix Vidal pomknął prawym skrzydłem i posłał piłkę do zupełnie niekrytego w środku pola karnego Joselu, który plasowanym strzałem z pierwszej piłki pokonał Dmitrovicia. Warto nadmienić, że za tego gola należy się bura dla całej ekipy Eibaru, ponieważ pozostawienie niekrytego piłkarza drużyny przeciwnej w samym środku pola karnego zakrawa o kryminał. Joselu poczuł wiatr w żaglach i jeszcze w doliczonym czasie gry ponownie wpisał się na listę strzelców. Deportivo wyszło z szybką kontrą i po zaledwie paru podaniach Pere Pons posyłał piłkę do Joselu, który znajdował się niemalże w tym samym miejscu, co w przypadku poprzedniego trafienia.

Czy Eibar był na tyle zły w tym spotkaniu, by wyłapać w czapę aż dwoma golami? Bez przesady, podopieczni Mendillibara rozgrywali już gorsze spotkania w tym sezonie, ale niestety... zaledwie 5 minut przesądziło o ich przegranej. Skutkiem tego gospodarze niebezpiecznie oscylują wokół miejsca spadkowego, od którego dzielą go zaledwie trzy punkty.


Eibar - Alaves 0:2 (0:0)
0:1 Joselu 85'
0:2 Joselu 90+1'

Villarreal - Celta


Przyznam wam, że zarówno jeden, jak i drugi zespół, to takie moje trochę guilty pleasure. Niby wiem, że znów nic w tym sezonie nie osiągną, niby wiem, że pewnie znów będą odbijać się od strefy spadkowej jak na trampolinie, a jednak przed każdym ich spotkaniem zacieram ręce, bo wiem że na pewno będzie czekać mnie coś unikalnego. Tak po prostu.

Pierwszą akcję mogliśmy oglądać już około 15. minuty, gdy Sisto stanął niemalże twarzą w twarz z Asenjo, ale bramkarz odbił jego płaskie uderzenie na rzut rożny. Dziesięć minut później to Villarreal mógł wyjść na prowadzenie, ale Moreno z sobie tylko wiadomego powodu nie skorzystał z błędu obrońcy Celty. Chwilę później ten sam zawodnik spróbował się zrehabilitować i trafił nawet do siatki Alvareza po świetnej centrze Cazorli, ale gol słusznie nie został uznany, ponieważ piłkarz uprzednio znajdował się na pozycji spalonej.

Po zmianie stron to goście wyszli na prowadzenie. Denis Suarez posłał piękne prostopadłe podanie ze środka boiska do wbiegającego w pole karne Pione Sisto, który oddał mocny strzał. Piłka odbiła się jeszcze od Asenjo, który wyszedł z bramki z zamiarem zatrzymania jej, ale ta ostatecznie i tak wpadła do siatki. Radość Celty nie trwała jednak zbyt długo, bowiem chwilę później bardzo ładną akcją popisała się Żółta Łódź Podwodna. Po wymianie kilku podań, futbolówka wreszcie trafiła pod nogi Quintilli, który posłał ją do świetnie ustawionego Chukwueze, który z bliskiej odległości posłał ją w samo okienko. Obie ekipy nie miały jeszcze dość i dalej niestrudzenie konstruowały swoje akcje, które skutkowały równo po jednej szansie dla każdej ze stron. Najpierw Gerard Moreno próbował zaskoczyć bramkarza Celty ostrym strzałem, ale piłka odbiła się tylko od słupka. Następnie swojej szansy próbował także Santi Mina, ale Asenjo zdołał przenieść piłkę nad poprzeczkę. Około 80. minuty goście znów wyszli na prowadzenie. Dobrą centrę z rzutu wolnego posłał Olaza, ta jeszcze odbiła się od gracza gospodarzy i ostatecznie wpadła pod nogi Iago Aspasa, który nie zwykł marnować takich okazji. Ostatni gol to już tylko popis kunsztu Boga z Balaidos. Nie dość, że sam rozpoczął kontrę, to jeszcze sam przebiegł z piłką całą długość boiska, mając na plecach dwóch rywali, na dodatek sam przed bramką powalił tych dwóch rywali na ziemię, po czym ostatecznie sam pokonał Asenjo. Człowiek orkiestra.

Oczekiwałam fajnego meczu i jak zwykle się nie zawiodłam. Za każdym razem, gdy oglądam potyczki tych drużyn, niezależnie z jakim rywalem się mierzą, przecieram oczy ze zdumienia, gdy zerkam na tabelę La Liga. Podobnie było i tym razem: Celta znajduje się w strefie spadkowej, zaś Villarreal dzieli od niej 6. punktów. Smutna rzeczywistość.


Villarreal CF - Celta Vigo 1:3 (0:0)
0:1 Sisto 54'
1:1 Chukwueze 59'
1:2 Aspas 79'
1:3 Aspas 90+4'

Real Valladolid - Sevilla


Ciężko mi się ustosunkować do drużyny Lopeteguiego, bowiem targają mną ambiwalentne uczucia. Bo przecież z jednej strony Sevilla stwarza sobie mnóstwo okazji, jej mecze są pełne intensywności i bardzo energetyczne, ale... nie strzela. Jej mecze zwykle kończą się jednobramkowym prowadzeniem, poprzez co niemalże po każdym spotkaniu ogarnia mnie uczucie niedosytu. Czy tym razem było inaczej? A skąd!

Goście już od pierwszych minut wykazywali się potężnym zaangażowaniem, co wcale specjalnie nie dziwi, bo jest tak niemalże w każdym meczu. I - tak jak w każdym meczu - czkawką odbijał im się brak bramkostrzelnego napastnika. W 10. minucie uderzenie Nolito obronił Masip, ale kilka minut później Sevilla dopięła swego. Sędzia, po wideoweryfikacji podjął decyzję o podyktowaniu karnego dla gości, po faulu właśnie na Nolito. Decyzja była słuszna, ponieważ upadek piłkarza wyglądał dość niebezpiecznie. Do piłki podszedł Banega, ale - trafił prosto w bramkarza gospodarzy! Radość Masipa nie trwała jednak zbyt długo, bo sędzia postanowił karnego powtórzyć z powodu ewidentnego błędu golkipera, który za szybko opuścił linię bramkową. Tym razem pomocnik Sevilli przymierzył już idealnie w samo okienko i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Kilka minut przed przerwą zespół z Andaluzji mógł śmiało mówić o sporej dawce szczęścia, bo po brawurowej akcji Herviasa, który posłał świetną centrę, w polu karnym przepchnął się Ramirez, ale jego uderzenie nożycami wylądowało na poprzeczce.

W drugiej połowie wynik już nie uległ zmianie, jednak nie oznacza to wcale, że nic się nie działo. Przez całe 45. minut oglądaliśmy intensywną walkę o każdy centrymetr boiska, jednak nie obfitowało to w strzały. Skutkiem tego do końca meczu jeden celny strzał oddali tylko gospodarze, a konkretnie Oscar Plano, którego strzał zza linii pola karnego przefrunął obok słupka.

Sevilla naprawdę potrzebuje bramkostrzelnego napastnika i to nie są już żarty. Można było sobie żartować z de Jonga po drugiej, trzeciej kolejce, ale w obecnej chwili zaczyna to już zakrawać o bardzo poważny problem. Ostrzegałam dziś Cholo, że nie da sie wygrywać wszystkich meczów 1:0. No właśnie, Julen, nie da się.


Real Valladolid - Sevilla FC 0:1 (0:1)
0:1 Banega (k.) 13'

26.11.2019 16:24, autor: barcelona125, źródło: własne

Powiązane newsy

Mecze


Valladolid

Barcelona
0 : 1
La Liga
Estadio José Zorrilla - 19:30 11-07-2020

Barcelona

Osasuna
1 : 2
La Liga
Camp Nou - 21:00 16-07-2020

Alavés

Barcelona
0 : 5
La Liga
Mendizorrotza Stadium - 17:00 19-07-2020

Barcelona

SSC Napoli
3 : 1
Champions League
Camp Nou - 21:00 08-08-2020

Barcelona

Bayern Munich
2 : 8
Champions League
Camp Nou - 21:00 14-08-2020

Barcelona

Gimnastic Tarragona
3 : 1
Mecz towarzyski
Camp Nou - 19:00 12-09-2020

Barcelona

Girona
3 : 1
Mecz towarzyski
Camp Nou - 19:00 16-09-2020

Tabela La Liga

Drużyna M W R P BZ BS Pkt
1

Ostatnie komentarze