„Naval, 71 lat, przyszedł do FC Barcelony w 1972 roku – ponad 54 lata temu – i zaczął pełnić funkcję delegata pierwszej drużyny w sezonie 1986/87. Współpracował z ogromną liczbą trenerów i zawodników, i stał się prawdziwą instytucją. Cztery dekady przy drużynie, wspólna szatnia, przeżycia i chwile, które są częścią historii klubu. A i dziś pozostaje kluczowym elementem szatni" – tak na stronie Barçy podsumowano uroczystość upamiętniającą 40 lat pracy Carlesa Navala jako delegata pierwszej drużyny. Więcej niż pół życia w służbie klubu, który kocha, i tak długo, jak pozwolą mu siły.
Długa lista anegdot i doświadczeń, które przeżył osobiście ten rodowity mieszkaniec Lleidy, czyni go żywą legendą Barçy. Kochany przez piłkarzy, Naval widział ewolucję tego sportu i zawsze umiał utrzymać swoją rolę w szatni. Jego ramiona obejmowały wszystkie gwiazdy Barçy, a ostatnią z nich jest Lamine Yamal. Obecna dziesiątka Blaugrany wręczyła mu – razem z trenerem Hansim Flickiem, prezesem Joanem Laportą i dyrektorem sportowym Deco, którego Naval znał jeszcze jako piłkarza – pamiątkową plakietkę i okolicznościową koszulkę na Camp Nou we wrześniu, przed meczem z Racingiem Santander. Byli tam również pozostali zawodnicy i rodzina delegata, która z dumą uczestniczyła w uroczystości.
„Pierwsze dwie Ligi Mistrzów schowałem, trzecią chciał Pep"
Naval był świadkiem najlepszych epok Barçy, od Dream Teamu po czasy Lamine'a Yamala, przez triplety Pepa Guardioli – z niezapomnianym 2:6 na Bernabéu – i Luisa Enrique, oraz eksplozję Leo Messiego, by wymienić tylko kilka wielkich współczesnych momentów klubu. Przeżył wszystkie pięć Pucharów Europy wygranych przez klub. „Ja ich nie wygrałem, bo nie grałem" – żartował w rozmowie z ARA. „To była kadra, która przełamała lody i zdjęła z klubu ten ciężar. Jeśli potem przejrzysz wszystkie składy, było wiele bardzo dobrych, ale nie miały takiego oddźwięku. Poza tym to była grupa zawodników, która spędziła razem cztery lata, z niewielkimi korektami w zespole co roku" – dodawał o ikonicznym triumfie w Wembley w 1992 roku.
Życie tamtej szatni Dream Teamu było jednym z filarów sukcesu: „Johan bardzo interesował się życiem osobistym zawodników. Mógł cię zaprosić na kolację do siebie dzień wcześniej, ale jeśli następnego dnia musiał cię skrzyczeć na treningu, to to robił. Miał taki autorytet w zespole. Piłkarze zawiązywali też przyjaźnie, czasem czterech czy pięciu szło na wermut po treningu, a potem dołączali kolejni". Pierwszy Puchar Europy świętowano w hotelu na obrzeżach Londynu i z obawy, że coś się z nim stanie – „Nie może tu zostać, nie wiem, czy jutro go znajdziemy", powiedziano sobie – Naval zabrał trofeum do swojego pokoju, położył je na sofie i wrócił na imprezę. Podobny rytuał powtórzył po triumfie w Lidze Mistrzów w Paryżu.
Z kolei po finale w Rzymie w 2009 roku puchar zyskał nowego strażnika. „Kiedy wracaliśmy ze świętowania do hotelu, w autokarze Pep powiedział mi: »Słuchaj, Carles, nie masz nic przeciwko, żebym ja go wziął, ten puchar?«. Powiedziałem, że żaden problem, ale żeby nie zapomniał go następnego dnia znieść!" – wspominał delegat Blaugrany. Przy czwartej i piątej Lidze Mistrzów jego ochrona należała już do klubowego zespołu bezpieczeństwa. Trzeba będzie zobaczyć, co się stanie, jeśli Barça w końcu zdobędzie szóstą. Naval na razie liczy, że przeżyje to z drużyną.
Czasy się zmieniają, a delegat z Lleidy widział wiele pokoleń piłkarzy. „Rzeczy się zmieniły. Wcześniej zawodnik mógł cię zapytać, w której części miasta zamieszkać, albo poprosić, żebyś mu pomógł w tym czy tamtym. Teraz każdy nowy piłkarz przychodzi już bardzo przygotowany. Wiedzą, gdzie chcą mieszkać, i towarzyszy im dużo ludzi: agenci, zespół komunikacji, kucharz, dietetyk i tak dalej. Ale ja staram się, żeby im niczego nie brakowało, i pomóc, jeśli tego potrzebują, nie wtrącając się w ich sposób działania" – wyjaśniał w ARA. „Wcześniej, żeby wezwać zawodnika, trzeba było dzwonić na telefon stacjonarny, a jeśli nie odbierał, jechać go szukać. Teraz mówię kapitanowi, żeby napisał wiadomość na czacie zawodników".
Początki Carlesa Navala w Barçy
Naval, który zajmuje się organizacją wyjazdów i przygotowaniem spraw federacyjnych – licencji zawodników, kontaktu z sędziami meczów – widział setki piłkarzy, siedmiu prezesów Barçy i blisko dwudziestu trenerów. W tym roku kończy 40 lat jako delegat, ale w klubie pracuje już ponad 50. Trafił do niego w wieku 17 lat, żeby pomagać w sprawach biurokratycznych piłkarskiego pionu młodzieżowego, a po wyjeździe do wojska w Walencji i roku w firmie metalurgicznej wrócił i zadebiutował przy pierwszej drużynie w roku buntu w Hesperii.
Mówi, że najbardziej przykre w jego pracy są pożegnania, takie jak Pepa Guardioli czy Messiego, i wiele innych. A jak udaje mu się znaleźć wspólny język z zawodnikami i trenerami? „Staram się traktować wszystkich jednakowo, czy to zawodnik z najwyższej półki, czy ktoś, kto właśnie awansował z akademii. Nie czynię różnic między jednymi a drugimi" – wspominał. Czas mija, piłka się zmienia, a Carles Naval nadal opiekuje się piłkarzami Barçy.












